DZIEJE RELIGII, FILOZOFII I NAUKI René DESCARTES (Kartezjusz) Integralną częścią pierwszego
wydania Medytacji
były "zarzuty uczonych mężów i odpowiedzi autora". Przedmowa do czytelnika PRZEDMOWA DO CZYTELNIKA Zagadnienie Boga i duszy ludzkiej poruszyłem już niedawno w Rozprawie o
metodzie poprawnego kierowania rozumem i dociekania prawdy w naukach w
języku francuskim w r. 1637. Poruszyłem je nie w tym celu wprawdzie, by je tam
dokładnie rozważyć, lecz tylko mimochodem, by z sądów czytelników dowiedzieć
się, w jaki sposób należałoby je później opracować. Wydawały mi się bowiem
zagadnieniami tak wielkiej wagi, iż sadziłem, że należy je rozważać więcej niż
raz tylko. Droga jednak, którą kroczę do wyjaśnienia ich jest tak mało utarta i
tak odległa od powszechnie używanej, że nie uważałem za wskazane omawiać jej
obszerniej w języku francuskim, a więc dostępnym dla wszystkich bez różnicy, by
także i słabsze umysły nie uważały się za powołane do wkroczenia na nią. Prosiłem tam więc wszystkich, których by w moich pismach uderzyło coś godnego
nagany, by mi to łaskawie wytknęli. Tymczasem w odniesieniu do tego, co
poruszyłem w sprawie owych zagadnień, postawiono mi tylko dwa zarzuty godne
wzmianki, na które odpowiem tu w paru słowach, zanim przystąpię do
dokładniejszego ich wyjaśnienia. Pierwszy zarzut brzmi: z tego, że umysł ludzki zwróciwszy się ku sobie
poznaje siebie wyłącznie jako rzecz myślącą, nie wynika, że jego natura, czy też
jego istota na tym tylko polega, że jest rzeczą myślącą, [o ile się to
rozumie] w taki sposób, iż to słowo tylko wyklucza wszystko inne, co
można by może także uważać za należące do natury duszy. Na ten zarzut
odpowiadam, że i ja także nie chciałem tego wykluczyć, jeżeli idzie o prawdziwy
stan rzeczy (o którym oczywiście wtedy nie mówiłem), lecz jedynie o ile idzie o
moje ujmowanie. Wskutek czego sens był taki, że niczego zupełnie nie poznałem, o
czym bym wiedział, że należy do mojej istoty, oprócz tego tylko, że jestem
rzeczą myślącą, czyli rzeczą posiadającą zdolność myślenia. W tym zaś, co
nastąpi, pokażę, w jaki sposób z tego, że nie poznaję, iżby coś więcej do mojej
istoty należało, wynika, iż rzeczywiście też nic więcej do niej nie należy. Drugi zarzut brzmi: z tego, że posiadam ideę rzeczy doskonalszej ode mnie,
nie wynika, że owa idea jest doskonalsza ode mnie, a tym mniej, że istnieje to,
co owa idea przedstawia. Na to odpowiadam, że tu w słowie idea jest
dwuznaczność; można je bowiem rozumieć albo w sposób materialny (materialiter),
jako czynność umysłu i w tym sensie nie można powiedzieć, że jest doskonalsza
ode mnie, albo też w sposób obiektywny jako rzecz, którą ta czynność umysłu
przedstawia, i chociażby się nie przyjmowało, że ta rzecz istnieje poza umysłem,
to jednak może być doskonalsza ode mnie z racji swojej istoty. W jaki zaś sposób
na podstawie tego tylko, że jest we mnie idea rzeczy doskonalszej ode mnie,
wynika, iż owa rzecz naprawdę istnieje, wyjaśnię dokładnie poniżej. Przejrzałem wprawdzie jeszcze oprócz tego dwa dość długie pisma, w których
jednak atakowano nie tyle moje racje dotyczące tych zagadnień, ile moje
konkluzje i to przy pomocy argumentów zapożyczonych z poglądów pospolicie
spotykanych u ateistów. Lecz na te nie chcę tu odpowiadać w obawie, bym nie
musiał ich wpierw zreferować, ponieważ argumenty tego rodzaju nie mogą mieć
żadnej siły przekonywującej dla tych, którzy rozumieją moje racje, i ponieważ
sądy wielu ludzi są tak opaczne i słabe, że łatwiej dają się przekonać wcześniej
zasłyszanym opiniom, chociażby były fałszywe i nierozumne, niż później
usłyszanemu ich zbijaniu, prawdziwemu i niezachwianemu. Powiem ogólnie tylko
tyle, że to wszystko, co ateiści zazwyczaj zarzucają dla zwalczania istnienia
Boga, zawsze polega na tym, że albo przyznaje się Bogu ludzkie namiętności, albo
też rości się dla naszych umysłów taką moc i mądrość, że ważymy się określać i
pojąć wszystko, co Bóg może i powinien uczynić; toteż, o ile tylko będziemy
pamiętać, że nasze umysły powinniśmy uważać za ograniczone, Boga zaś za istotę
niepojętą i nieskończoną, wtedy zarzuty owe nie będą nam sprawiały żadnej
trudności. Teraz zaś, poznawszy już sądy ludzkie, przystępuję znowu do omówienia
zagadnień, tyczących się Boga i duszy ludzkiej, a także podstaw całej Pierwszej
filozofii; lecz nie oczekuję ani poklasku tłumu, ani wielkiej liczby
czytelników. Piszę bowiem wyłącznie dla tych, którzy na serio wraz ze mną chcą
podjąć rozważanie i którzy mogą i chcą umysł swój uwolnić od zmysłów i wszelkich
uprzedzeń; wiem zaś dobrze, że takich znajdzie się tylko niewielu. Co się zaś
tyczy tych, którzy nie dbając o zrozumienie ciągłości i związku moich rozumowań
będą usiłowali - jak to wielu ma zwyczaj - wykpiwać poszczególne tylko zdania,
to ci niewielki pożytek odniosą z lektury tej rozprawy. I choć może w wielu
wypadkach znajdą sposobność do drwin, to jednak nie łatwo im przyjdzie zarzucić
mi coś, co by mnie przyparło do muru lub było godne odpowiedzi. Ponieważ jednak nie obiecuję, że także innych z góry we wszystkim zadowolę, a
także nie mam pretensji do mniemania o sobie, że mogę przewidzieć to, co
niektórym będzie się trudnym wydawało, przedstawię w Medytacjach na
pierwszym miejscu te właśnie myśli, które - jak mi się wydaje - dopomogły mi
dojść do pewnego i dokładnego poznania prawdy, by w ten sposób zobaczyć, czy nie
mógłbym może przekonać także innych przy pomocy tych samych racji, które mnie
przekonały. Później zaś odpowiem na zarzuty kilku mężów o wybitnych umysłach i
wiedzy, którym posłałem te Medytacje dla oceny, zanim poszły do druku. Postawili
mi oni bowiem dosyć liczne i różnorodne zarzuty, tak iż śmiem spodziewać się, że
nie łatwo już przyjdzie komuś na myśl coś - przynajmniej o pewnym znaczeniu -
czego by oni dotychczas nie poruszyli. Dlatego najusilniej proszę czytelników,
aby nie wydawali sądu o Medytacjach, zanim nie zadadzą sobie trudu przeczytania
wszystkich owych zarzutów i odpowiedzi na nie. PRZEGLĄD TREŚCI SZEŚCIU PONIŻSZYCH MEDYTACJI W pierwszej Medytacji są podane przyczyny, dla których możemy wątpić o
wszystkich rzeczach, zwłaszcza o rzeczach materialnych; dopóki oczywiście nie
mamy innych podstaw wiedzy, jak tylko te, które posiadaliśmy dotychczas. Chociaż
więc pożytek tego tak daleko posuniętego wątpienia nie jest na pierwszy rzut oka
widoczny, to jednak jest on ogromny, ponieważ uwolni nas od wszelkich sądów
przedwczesnych i utoruje najłatwiejszą drogę, która by odwiodła umysł nasz od
zmysłów; a w końcu sprawi, że już nie będziemy mogli więcej wątpić o tym, co
później uznamy za prawdziwe. W drugiej Medytacji umysł, który posługując się swoją własną wolnością
zakłada, że nie istnieje to wszystko, o czego istnieniu można choćby w
najmniejszym stopniu wątpić, zauważa, że jest rzeczą niemożliwą, żeby on sam
przy tym nie istniał. To jest także niezmiernie pożyteczne, bo w ten sposób
łatwo umysł rozróżnia, co należy do niego samego, a więc do natury myślącej (natura
intellectualis), a co do ciała. Lecz ponieważ może niektórzy będą oczekiwali
w tym miejscu argumentów dla nieśmiertelności duszy, sądzę, że powinienem ich
przestrzec, iż starałem się nie pisać niczego, czego bym nie mógł dokładnie
udowodnić; - i dlatego mogłem użyć tylko tej metody, jakiej używają matematycy,
a mianowicie, by najpierw wymienić wszystko, od czego zależy badane twierdzenie,
zanim wysnuję z niego jakikolwiek wniosek. Pierwszym jednak i głównym warunkiem
poznania nieśmiertelności duszy jest urobienie sobie o niej pojęcia jak
najbardziej przejrzystego i zupełnie różnego od wszelkiego pojęcia ciała. To
zostało tam przeprowadzone. Oprócz tego zaś jest potrzebne także, abyśmy
wiedzieli, że wszystko to, co pojmujemy jasno i wyraźnie, jest prawdziwe w ten
właśnie sposób, w jaki je pojmujemy. Tego nie można było dowieść wcześniej niż w
czwartej Medytacji. Dalej należy mieć wyraźne pojęcie natury cielesnej; buduje
się je częściowo w tej właśnie drugiej Medytacji, częściowo także w piątej i
szóstej. I stąd należy wysnuć wniosek, że te wszystkie rzeczy, które się pojmuje
jasno i wyraźnie jako różne substancje, tak jak się pojmuje duszę i ciało, są w
istocie substancjami różniącymi się od siebie nawzajem w sposób rzeczywisty. Do
tego wniosku doszedłem w szóstej Medytacji. I w niej też został on umocniony
tym, że nie możemy pojąć ciała inaczej jak tylko jako podzielne, duszy natomiast
tylko jako niepodzielną; nie możemy też pomyśleć połowy jakiejś duszy, tak jak
możemy pomyśleć połowę jakiegokolwiek ciała, choćby nie wiem jak małego. Wobec
czego ich naturom przyznaje się nie tylko różność, lecz także pewnego rodzaju
przeciwstawność. W tej rozprawie jednak nie zajmowałem się daliej tą sprawą - po
części dlatego, że to, co powiedziałem, wystarcza już do pokazania, że ze
śmierci ciała nie wynika śmierć duszy, i do wzbudzenia przez to w ludziach
śmiertelnych ufności w przyszłe życie; po części też dlatego, że przesłanki, z
których można dojść do wniosku o nieśmiertelności duszy, zależą od wyłożenia
całej Fizyki. W pierwszym rzędzie należy wiedzieć, że wszystkie w ogóle
substancje, czyli rzeczy, które, aby istnieć muszą być stworzone przez Boga, z
natury swej są niezniszczalne i nigdy nie mogą przestać istnieć, chyba że ten
sam Bóg przez odmówienie im swej pomocy sprowadzi je do nicości. Następnie
trzeba zauważyć, że wprawdzie ciało - rozważane jako rodzaj - jest substancją, a
zatem też nigdy nie może zginąć; lecz ciało ludzkie jako różniące się od innych
ciał, jest złożone tylko z pewnego układu członków i innych tego rodzaju
przypadłości (accidentia). Natomiast umysł (mens) ludzki nie
składa się w ten sposób z żadnych przypadłości, lecz jest czystą substancją. Bo
choćby wszystkie jego przypadłości się zmieniły, tak że inne rzeczy rozumiałby,
innych chciał, inne czuł etc. - to przez to sam umysł nie stanie się inny. Ciało
zaś ludzkie staje się innym już przez to samo, że zmieni się kształt jakichś
części jego. Wynika z tego, że wprawdzie ciało bardzo łatwo może zginąć, dusza
jednak jest z natury swojej nieśmiertelna. W Medytacji trzeciej przedstawiłem dosyć obszernie - jak mi się wydaje - mój
główny dowód wykazujący istnienie Boga. Ponieważ jednak nie chciałem przy tym
posługiwać się żadnymi porównaniami z dziedziny rzeczy cielesnych, by jak
najbardziej odwieść umysły czytelników od zmysłów, pozostało być może wiele
niejasności. Mam jednak nadzieję, że zostaną one później całkowicie usunięte w
odpowiedziach na zarzuty; jak np. między innymi ta niejasność, w jaki sposób
idea istoty najdoskonalszej, która jest w nas, posiada tyle rzeczywistości
obiektywnej, że musi pochodzić od najdoskonalszej przyczyny. To jest w tych
odpowiedziach wyjaśnione przez porównanie z niesłychanie doskonałą maszyną,
której idea znajduje się w umyśle jakiegoś rękodzielnika. Tak bowiem jak
obiektywne dzieło zawarte w tej idei musi posiadać jakąś przyczynę, a mianowicie
wiedzę owego rękodzielnika albo kogoś innego od kogo ją otrzymał, tak samo idea
Boga, która jest w nas, musi mieć samego Boga za przyczynę. W czwartej Medytacji dowodzi się, że prawdziwe jest wszystko to, co ujmujemy
(percipimus) jasno i wyraźnie, a równocześnie wyjaśnia się, w czym leży
przyczyna błędu. To trzeba koniecznie wiedzieć zarówno dla utwierdzenia się w
poprzednich rozważaniach, jak też dla zrozumienia następnych. (Należy na tym
miejscu jednak zwrócić uwagę, że nie chodzi tam zupełnie o grzech, czyli błąd,
jaki się popełnia w dążeniu do dobra i zła, lecz tylko o ten, który zdarza się
przy rozsądzaniu, co jest prawdą a co fałszem. Nie bada się też tego, co odnosi
się do wiary, czy do postępowania w życiu, lecz wyłącznie prawdy spekulatywne i
prawdy poznane jedynie dzięki światłu przyrodzonemu). W Medytacji piątej oprócz wyjaśnienia, czym jest natura cielesna w ogóle,
zawiera się także, przeprowadzony w nowy sposób dowód istnienia Boga. W nim
jednak wyłonią się może znów pewne trudności, które później zostaną rozwiązane w
odpowiedziach na zarzuty. W końcu zostaje pokazane, w jaki sposób może to być
prawdą, że nawet pewność dowodów matematycznych jest zależna od poznania Boga. W Medytacji szóstej wreszcie przeprowadza się rozróżnienie między czynnością
rozumu, a czynnością wyobraźni i opisuje się znamiona odróżniające jedne od
drugich. Udowadnia się, że dusza (mens) w sposób realny różni się od
ciała, ale niemniej pokazuje się, iż jest z nim tak ściśle związana, że tworzy
wraz z nim jedno. Wylicza się wszystkie błędy, które mają źródło w zmysłach i
podaje się środki pozwalające ich uniknąć, a w końcu przytacza się wszystkie
racje, z których można wysnuć wniosek o istnieniu rzeczy materialnych.
Przytaczam je nie dlatego, żebym je uważał za bardzo pożyteczne dla udowodnienia
tego właśnie, czego one dowodzą (że mianowicie rzeczywiście istnieje jakiś świat
i że ludzie posiadają ciało itp., o czym nikt o zdrowych zmysłach nigdy na serio
nie wątpił), lecz dlatego, że rozważając owe racje poznaje się, że nie są one
ani tak silne, ani tak oczywiste, jak te, dzięki którym dochodzimy do poznania
naszej duszy i Boga. W ten sposób staje się widoczne, że te są najpewniejsze i
najoczywistsze ze wszystkich, jakie może znać umysł ludzki. Udowodnienie tego
właśnie, postawiłem sobie za cel niniejszych Medytacji. Nie wymieniam też tutaj
owych licznych zagadnień, które także w Medytacjach przy sposobności poruszam. MEDYTACJA I Przed kilkoma już laty spostrzegłem, jak wiele rzeczy fałszywych uważałem w
mojej młodości za prawdziwe i jak niepewne jest to wszystko, co później na ich
podstawie zbudowałem; [doszedłem więc do przekonania], że jeżeli chcę nareszcie
coś pewnego i trwałego w naukach ustalić, to trzeba raz w życiu z gruntu
wszystko obalić i na nowo rozpocząć od pierwszych podstaw. Zdawało mi się
jednak, że to jest olbrzymie przedsięwzięcie i dlatego czekałem na wiek tak
dojrzały, by już po nim nie nastąpił inny bardziej odpowiedni dla badań
naukowych. Z tego powodu tak długo zwlekałem, że stałbym się winny, gdybym
jeszcze czas pozostały do działania trawił na rozmyślaniach. Dobrze się więc
składa, że dziś umysł swój oswobodziłem od wszelkich trosk, zapewniłem sobie
zupełny spokój, pogrążam się w samotności i oddam się nareszcie poważnie i z
całą swobodą temu ogólnemu przewrotowi wszystkich moich poglądów. Do tego jednak nie trzeba będzie, bym okazać, że wszystko jest fałszywe; tego
może nigdy nie mógłbym osiągnąć. Lecz ponieważ już sam rozum radzi, by niemniej
ostrożnie powstrzymać się od uznania tych rzeczy, które są niezupełnie pewne i
niewątpliwe, jak od oczywiście fałszywych - zatem wystarczy do odrzucenia
wszystkich, jeśli w każdej znajdę jakąś rację do wątpienia. A także nie trzeba
poszczególnych poglądów po kolei przechodzić - byłaby to praca bez końca - lecz,
ponieważ po zburzeniu fundamentów, wszystko, co na nich jest zbudowane, samo
upada, przystąpię od razu do samych zasad, na których opierało się wszystko, w
co niegdyś wierzyłem. Otóż wszystko, co dotychczas za najbardziej prawdziwe uważałem, otrzymywałem
od zmysłów lub przez zmysły; przekonałem się jednak, że te mnie niekiedy zwodzą,
a roztropność nakazuje nie ufać nigdy w zupełności tym, którzy nas chociaż raz
zwiedli. Jednakowoż - choć nas zmysły niejednokrotnie zwodzą, gdy chodzi o
jakieś przedmioty małe i bardziej oddalone - to może jest wiele innych rzeczy, o
których absolutnie nie można wątpić, chociaż też od zmysłów je przyjmujemy, jak
np. że teraz tutaj jestem, że siedzę koło ognia, że jestem odziany w zimową
szatę, że dotykam tego papieru rękoma itp. W jakiż sposób można by zaprzeczyć,
że te właśnie ręce i całe to ciało moje jest? Musiałbym chyba siebie porównać do
nie wiem jak szalonych, których mózg tak jest osłabiony przez uporczywe wyziewy
czarnej żółci, że stale zapewniają, iż są królami, podczas gdy są bardzo biedni,
lub że są odziani w purpurę, gdy tymczasem są nadzy, albo że mają głowę z gliny,
albo że całe ich ciało jest dynią, lub że są wydęci ze szkła. Ale to są właśnie
szaleńcy i ja bym się wydawał niemniej szalonym, gdybym sobie ich wziął za
przykład Doskonale! - jak gdybym sam nie był człowiekiem, który ma zwyczaj w nocy spać
i który we śnie doświadcza tego samego, a nawet rzeczy jeszcze mniej
prawdopodobnych, niż owi szaleńcy na jawie. Jak często w nocy każe mi sen
wierzyć w rzeczy zwyczajne, jak np. że tu jestem, że jestem ubrany, że siedzę
przy ogniu, a tymczasem leżę w łóżku rozebrany. Lecz przecież teraz całkiem
pewnie na jawie patrzę na ten papier, ta głowa, którą poruszam, nie jest we śnie
pogrążona. Rękę tę wyciągam przed siebie z rozmysłu i ze świadomością i mam w
niej czucie; tak wyraźnie nie przedstawiałoby się to śpiącemu. A jednak
przypominam sobie, że podobne rozważania zwiodły mnie innym razem w snach. Gdy o
tym myślę uważniej, widzę tak jasno, że nigdy nie można ma podstawie pewnych
oznak odróżnić jawy od snu, iż ogarnia mnie zdumienie i to zdumienie właśnie
utwierdza mnie prawie w mniemaniu, że śnię. Dobrze więc, przypuśćmy, że śnimy i że nieprawdą są wszystkie te szczegóły,
jak to, że otwieramy oczy, poruszamy głową, wyciągamy ręce, że mamy takie ręce i
takie ciało. Trzeba jednak z pewnością przyznać, że senne widziadła są jak gdyby
jakimiś malowidłami, które mogły zostać utworzone jedynie na podobieństwo rzeczy
prawdziwych. Że więc przynajmniej te rzeczy ogólne, jak oczy, głowa, ręce i całe
ciało istnieją jako rzeczy prawdziwe a nie tylko wyobrażone. Przecież sami
malarze, nawet wtedy, gdy usiłują przedstawić syreny i satyrów w
najniezwyklejszych postaciach, nie są w stanie dać im pod każdym względem nowych
cech, lecz tylko łączą ze sobą członki rozmaitych stworzeń. A jeśli nawet
wymyślą coś tak dalece nowego, że nic podobnego w ogóle nigdy nie widziano, tak
zupełnie zmyślonego i nieprawdziwego, to jednak z pewnością przynajmniej barwy,
które się na to składają, muszą być prawdziwe. Na tej samej podstawie trzeba
koniecznie przyznać, że chociaż te rzeczy ogólne, jak oczy, głowa, ręce itp.
mogą być tylko tworami imaginacji, to jednak rzeczywistymi są jakieś inne rzeczy
prostsze i ogólniejsze, z których - jak gdyby z prawdziwych barw - tworzą się
wszystkie bądź fałszywe, bądź prawdziwe obrazy rzeczy, jakie się znajdują w
naszej świadomości (cogitatio). - Tego rodzaju, zdaje się, jest istota
ciała w ogóle i jego rozciągłość, podobnie kształt rzeczy rozciągłych, dalej ich
quantum, czyli ich wielkość i liczba, tak samo miejsce, w którym się
znajdują, czas, przez jaki trwają itp. Toteż na podstawie tego może nie będzie mylny wniosek, że choć fizyka,
astronomia, medycyna i wszystkie inne nauki, które zależą od rozpatrywania
rzeczy złożonych, są wprawdzie niepewne, to jednak arytmetyka, geometria i inne
tego rodzaju nauki, które traktują jedynie o rzeczach najprostszych i
najogólniejszych - nie troszcząc się wcale o to, czy one istnieją w
rzeczywistości, czy nie - zawierają coś pewnego i niewątpliwego. Bo czy czuwam,
czy śpię, 2 + 3 = 5, a kwadrat nie więcej ma boków, jak cztery, i zdaje się jest
niemożliwe, by tak oczywiste prawdy popadły w podejrzenie, jakoby były fałszywe. Jednakowoż znajduje się w moim umyśle pewne dawne, silnie wkorzenione
mniemanie, że istnieje Bóg, który wszystko może i który stworzył mnie takim,
jakim jestem. Skąd jednak wiem, że on nie sprawił tak, iż w ogóle nie ma żadnej
ziemi, ani nieba, ani żadnej rzeczy rozciągłej, żadnego kształtu, żadnej
wielkości, ani miejsca, a że mimo to, wszystko przedstawia mi się tak, jak
teraz, jako istniejące. Skąd wiem, że tak jak o innych niekiedy sądzę, że się
mylą w takich sprawach, o których - jak im się wydaje - posiadają doskonałą
wiedzę, że tak samo ja sam nie ulegam złudzeniu, gdy dwa do trzech dodaję lub
liczę boki kwadratu, albo gdy wykonuję coś jeszcze łatwiejszego, jeśli coś
takiego da się pomyśleć. A może Bóg nie chciał, bym był tak oszukiwany? Nazywa
się przecież największą dobrocią. Lecz, jeśliby się to nie zgadzało z jego
dobrocią, by mnie stworzył takim, iżbym się zawsze mylił, to zdawałoby się, że
ta sama dobroć nie pozwala na to, bym się czasem tylko mylił. A tego faktu nie
można zaprzeczyć. Znajdą się jednak może tacy, którzy woleliby zaprzeczyć istnieniu tak
potężnego Boga, niż uwierzyć w to, że wszystkie inne rzeczy są niepewne. Lecz z
tymi nie spierajmy się i uważajmy to wszystko o Bogu za czczy wymysł. Niechaj
więc przyjmą, że tym, czym jestem, stałem się bądź to wskutek zrządzenia losu,
bądź też wskutek przypadku, czy też zwykłego biegu rzeczy, lub jakimkolwiek bądź
innym sposobem. Otóż, ponieważ mylić się i błądzić uchodzi za pewną
niedoskonałość, więc im mniej potężnemu sprawcy moje pochodzenie będą
przypisywali, tym prawdopodobniejszym będzie, że jestem tak niedoskonały, iż
zawsze się mylę. Na takie argumenty nic już nie mogę odpowiedzieć, lecz w końcu muszę wyznać,
że o wszystkim, co dawniej uważałem za prawdziwe, można wątpić i to nie przez
nieostrożność lub lekkomyślność, lecz z powodu poważnych i przemyślanych racji.
Jeśli więc chcę znaleźć coś pewnego, to muszę niemniej ostrożnie powstrzymywać
się od uznawania tego wszystkiego jak od oczywistych fałszów. Lecz nie dość to stwierdzić, trzeba się starać mieć to w pamięci. Ustawicznie
bowiem powracają dawne mniemania, do których przywykłem, i biorą w posiadanie
mój łatwowierny umysł wbrew mojej woli prawie, jak gdyby im był na mocy
długotrwałego obcowania i spoufalenia zobowiązany. Nigdy też nie odzwyczaję się
przytakiwać i ufać im, dopóki będę je uważał za takie, jakimi są rzeczywiście,
to znaczy wprawdzie trochę wątpliwe, jak to już widzieliśmy, lecz zarazem bardzo
prawdopodobne i takie, którym o wiele rozsądniej jest wierzyć, niż zaprzeczyć.
Dlatego - jak sądzę - nieźle uczynię, jeśli, zwróciwszy się dobrowolnie w
kierunku wprost przeciwnym, sam siebie będę łudził i uważał przez jakiś czas owe
mniemania za zupełnie fałszywe i urojone, aż wreszcie po zrównoważeniu niejako
obustronnym skłonności do wydawania sądów więcej już żadne złe przyzwyczajenie
nie sprowadzi mego sądu z drogi właściwego ujmowania (perceptio) rzeczy.
Bo przecież wiem, że nie może stąd wyniknąć żadne niebezpieczeństwo ani błąd i
że nie mogę w nieufności pójść za daleko, ponieważ nie chodzi tu o działanie,
lecz tylko o poznanie. Przyjmuję wiec, że nie najlepszy Bóg, źródło prawdy, lecz jakiś zły duch,
bardzo potężny i przebiegły wszystkie swe siły wytężył w tym kierunku, by mnie
zwodzić. Będę uważał, że niebo, powietrze, ziemia, barwy, kształty, dźwięki i
wszystkie inne rzeczy zewnętrzne są tylko zwodniczą grą snów, przy pomocy
których zastawił on sidła na mą łatwowierność. Będę uważał, że ja sam nie mam
ani rąk, ani oczu, ani ciała, ani krwi, ani żadnego zmysłu, lecz że mylnie
sądziłem, iż to wszystko posiadam. Będę trwał uparcie przy tym rozmyślaniu i w
ten sposób, choć może nie jest w mojej mocy poznać żadnej prawdy, to jednak będę
się miał na baczności, żebym nie uznawał, o ile to możliwe, rzeczy fałszywych i
żeby mi ten zwodziciel, chociażby nie wiem jak potężny i przebiegły, nie mógł
niczego narzucić. Ale to przedsięwzięcie jest pełne trudów i jakaś bierność
prowadzi mnie z powrotem do nawyknień życia. I nie inaczej jak więzień, który we
śnie cieszył się wyobrażoną wolnością, gdy go później ogarną wątpliwości, czy
nie śpi, obawia się obudzenia i nie otwiera długo oczu, aby nie spłoszyć
ponętnych marzeń, tak też i ja dobrowolnie powracam do dawnych mniemań i lękam
się przebudzenia, w obawie, aby następującej po cichym spoczynku pracowitej jawy
nie wypadło mi spędzić w nieprzeniknionych ciemnościach poruszonych właśnie
trudności, a nie w świetle. MEDYTACJA II Wczorajsze rozważania pogrążyły mnie w takich wątpliwościach, że nie mogę o
nich zapomnieć, ani nie widzę, jakby je należało rozwiązać, lecz tak dalece
straciłem równowagę jak ktoś, co wpadłszy nagle w głęboki wir, ani dna
dosięgnąć, ani też na powierzchnię wypłynąć nie może. Chcę jednak wydobyć się z
tego i spróbuję ponownie iść tą samą drogą, na którą wczoraj wkroczyłem. Będę
się mianowicie trzymał z dala od wszystkiego, co najmniejszą choćby dopuszcza
wątpliwość, zupełnie tak samo, jak gdybym był stwierdził, że jest to zgoła
fałszem. Będę też podążał dalej, póki nie poznam czegoś pewnego i jeśli już nie
poznam niczego innego jako pewne, to przynajmniej to, że nie ma nic pewnego. Aby
całą ziemię poruszyć z miejsca, żądał Archimedes tylko punktu, który by był
stały i nieruchomy; należy więc oczekiwać wielkich rzeczy, jeżeli znajdę choćby
coś najmniejszego, co byłoby pewne i niewzruszone. Zakładam więc, że wszystko to, co widzę, jest fałszem, wierzę, że nie
istniało nigdy nic z tego, co mi kłamliwa pamięć przedstawia, nie posiadam wcale
zmysłów. Ciało, kształt, rozciągłość, ruch i miejsce są chimerami. Cóż zatem
będzie prawdą? Może to jedno tylko, że nie ma nic pewnego. Lecz skądże wiem, że poza tym, co już wymieniłem, nie ma nic innego, o czym
wątpić najmniejszej nie ma przyczyny? Czyż może istnieje jakiś Bóg, czy
jakiekolwiek mam nadać miano temu, który te właśnie myśli we mnie wzbudza? Lecz
dlaczego mam to przypuszczać, skoro może sam jestem ich sprawcą? Czyż więc
przynajmniej ja sam czymś jestem? Zaprzeczyłem już jednak, jakobym posiadał w
ogóle jakieś zmysły i jakieś ciało. Tu jednak zatrzymuję się. Bo cóż stąd
wynika? Czyż jestem tak ściśle związany z ciałem i zmysłami, że bez nich nie
mogę istnieć? Lecz już przyjąłem, że nic w świecie nie istnieje: ani niebo, ani
ziemia, ani umysły, ani ciała, czyż wiec nie przyjąłem, że i ja nie istnieję? Ja
jednak na pewno istniałem, skoro coś przyjąłem. Lecz istnieje zwodziciel - nie
wiem, kto nim jest - wszechpotężny i najprzebieglejszy, który zawsze rozmyślnie
mnie łudzi. Nie ma wiec wątpliwości, że istnieję, skoro mnie łudzi! I niechajże
mnie łudzi, ile tylko potrafi, tego jednak nigdy nie dokaże, abym był niczym,
tak długo, dopóki myślę sam, że czymś jestem. Tak więc po wystarczającym i
wyczerpującym rozważeniu wszystkiego, należy na koniec stwierdzić, że to
powiedzenie: " Ja jestem, ja istnieję " musi być prawdą, ilekroć je
wypowiadam lub w duchu pomyślę. Jednakże jeszcze niedostatecznie rozumiem, kim jestem ja sam, ja, który
istnieję koniecznie; muszę więc uważać, abym przypadkiem czegoś innego
nierozważnie nie wziął za siebie, i tym sposobem nie popadł w błąd nawet w tym
poznaniu, które uważam za najpewniejsze i najbardziej oczywiste ze wszystkich. Z
tego powodu rozważę ponownie, za co się dawniej uważałem, zanim nie wszedłem na
drogę tych rozmyślań; z tych dawnych mych poglądów usunę następnie wszystko to,
co z przytoczonych powodów mogłoby zostać w najmniejszym choćby stopniu
podważone, tak aby w końcu pozostało dokładnie to tylko, co jest pewne i
niewzruszone. Za cóż się tedy dotychczas uważałem? Oczywiście za człowieka, lecz czym jest
człowiek? Mamże powiedzieć: istotą żyjącą rozumną? Nie! Gdyż następnie
należałoby zapytać, czym jest istota żyjąca i czym rozumna, i w ten sposób
zamiast jednego pytania stanęłoby przede mną kilka pytań jeszcze trudniejszych,
nie mam zaś tyle wolnego czasu, abym go mógł poświęcić na takie subtelności.
Raczej zwrócę uwagę na to, co się dawniej myśli mojej samo w sposób naturalny
narzucało, ilekroć rozważałem, czym jestem. Otóż narzucało mi się przede
wszystkim, ze mam twarz, ręce, ramiona i całą tę maszynerię członków, jaką
spostrzega się też u trupa, a którą oznaczałem nazwą ciała; narzucało mi się
dalej, że się odżywiam, chodzę, czyję i myślę, które to czynności odnosiłem do
duszy; lecz czym jest ta dusza, na to bądź woale nie zwracałem uwagi, bądź
wyobrażałem sobie jakieś nieuchwytne nie wiem co, coś na kształt wiatru lub
ognia, lub eteru, co przenika grubsze moje części. Co do ciała mego, to nie
miałem żadnych wątpliwości, lecz sądziłem, że znam dokładnie jego naturę, a
gdybym przypadkiem spróbował ją opisać tak jak ją w myśli mojej pojmowałem, to
tak bym się wyraził: przez ciało rozumiem wszystko to, co może wypełniać
przestrzeń w taki sposób, że z niej wyłącza każde inne ciało, co może zostać
spostrzeżone za pomocą dotyku, wzroku, słuchu, smaku lub zapachu i co może nadto
na różne sposoby zostać wprawione w ruch, wprawdzie nie samo przez się, ale
przez coś innego, co go dotyka; sądziłem bowiem, że posiadanie siły do
wprawiania siebie samego w ruch, podobnie jak posiadanie zdolności czucia lub
myślenia żadną miarą nie należy do natury ciała; co więcej dziwiłem się raczej,
gdy zdolności te w niektórych ciałach znajdowałem. Cóż jednak teraz będzie, skoro przyjmuję, że zwodziciel jakiś przepotężny i -
jeśli godzi się tak powiedzieć - złośliwy zadaje sobie trudu, aby mnie zwodzić
we wszystkim, ile tylko potrafi? Czyż mogę twierdzić, że posiadam cokolwiek bądź
z tego wszystkiego, o czym poprzednio powiedziałem, że należy do natury ciała?
Raz po raz myślę o tym z uwagą i niczego takiego nie znajduję; bezowocnie
wysilam się powtarzaniem tych rozważań. Lecz cóż z tego posiadam, co przypisywałem duszy, np. jakże jest z
odżywianiem się lub chodzeniem? Otóż skoro już nie mam ciała, to i one nie są
niczym innym jak tylko fikcjami. A jak się ma rzecz z czuciem? I ono oczywiście
nie może się dokonywać bez ciała, a nawet zdawało mi się, że bardzo wiele rzeczy
czułem we śnie, których - jak później się przekonałem - nie czułem. A jak jest z
myśleniem? Teraz znalazłem! Tak: to myślenie! Ono jedno nie daje się ode mnie
oddzielić. Ja jestem, ja istnieję; to jest pewne. Jak długo jednak? Oczywiście
jak długo myślę; bo może mogłoby się zdarzyć, że gdybym zaprzestał w ogóle
myśleć, to natychmiast bym cały przestał istnieć. Teraz przyjmuję tylko to, co
jest koniecznie prawdziwe; jestem, więc dokładnie mówiąc tylko rzeczą myślącą,
to znaczy umysłem (mens) bądź duchem (animus) bądź rozsądkiem (intellectus)
bądź rozumem (ratio), wszystko wyrazy o nieznanym mi dawniej znaczeniu.
Jestem więc rzeczą prawdziwą i naprawdę istniejącą; lecz jaką rzeczą?
Powiedziałem: myślącą. I czym jestem poza tym? Przywołam wyobraźnię na pomoc: nie jestem tym układem
członków, który się ciałem ludzkim nazywa; nie jestem też subtelnym powietrzem,
które te członki przenika, ani wiatrem, ani ogniem, ani oparem, ani tchnieniem,
ani czymkolwiek takim, co bym sobie mógł wyobrazić; założyłem bowiem, że to
wszystko jest niczym. Podtrzymuję to założenie: a mimo to ja jestem czymś. Ale
może przypadkiem to właśnie, o czym przypuszczam, że jest niczym, ponieważ nie
jest mi ono znane, w rzeczywistości nie różni się ode mnie takiego, jakiego
znam? Nie wiem tego i o to się już nie spieram; sąd wydawać mogę tylko o tym, co
mi jest znane. Wiem, że istnieję; pytam jednak, kim jestem ja, o którym wiem, ze
istnieję. Jest rzeczą niewątpliwą, że znajomość tego, co tak dokładnie
stwierdziłem nie może opierać się na czymś, o czego istnieniu jeszcze nie wiem;
a zatem nie może opierać się na niczym, co unaoczniam sobie w wyobraźni. To
właśnie słowo unaoczniam zwraca mi na błąd mój uwagę: unaoczniałbym
bowiem w rzeczy samej, gdybym sobie wyobraził siebie jako coś, bo wyobrażać
sobie, to nic innego jak oglądać postać lub obraz rzeczy cielesnej. Tymczasem
wiem już na pewno, że istnieję, a równocześnie wiem, że jest możliwe, iż
wszystkie te obrazy i w ogóle wszystko, co odnosi się do natury ciała nie jest
niczym innym jak tylko sennym widziadłem. Zdawszy sobie z tego sprawę, widzę, że
niemniej niedorzecznie postąpiłem mówiąc "przywołam wyobraźnię na pomoc, aby
dokładniej poznać kim jestem", jak gdybym powiedział "wprawdzie już się
obudziłem i widzę coś nie coś prawdziwego, lecz ponieważ jeszcze nie widzę z
dostateczną oczywistością, postaram się zasnąć, aby mi to sen bardziej
prawdziwie i bardziej oczywiście przedstawił". Poznaję wiec, że nic z tego, co
mógłbym przy pomocy wyobraźni uchwycić nie należy do tego pojęcia, które mam o
sobie, że umysł swój powinienem jak najstaranniej odwrócić od tych spraw, jeżeli
ma on swą własną naturę jak najwyraźniej ująć. Czymże więc jestem? Rzeczą myślącą; ale co to jest? Jest to rzecz, która
wątpi, pojmuje, twierdzi. przeczy, chce, nie chce, a także wyobraża sobie i
czuje. Zaiste niemało tego jest, jeśli to wszystko miałoby do mnie należeć. Lecz
dlaczegóżby nie miało należeć? Czyż to nie ja sam jestem tym, który wątpi prawie
o wszystkim, który jednak coś niecoś już rozumie, który o jednych rzeczach
twierdzi, że są prawdziwe, innym zaprzecza, który pragnie więcej wiedzieć, nie
chce się dać zwodzić, który wiele, chociaż wbrew woli, sobie wyobraża, a także
wiele, jak gdyby od zmysłów pochodzącego, spostrzega. Niechbym stale spał,
niechby także mój stwórca zwodził mnie, ile tylko potrafi, czy cokolwiek z tego
nie jest równie prawdziwe, jak to, że istnieję? Cóż z tego różniłoby się od
mojej świadomości (cogitatio)? O czymże z tego można by powiedzieć, że
jest ode mnie samego oddzielone? Bo to, że ja jestem tym, który wątpi, rozumie,
chce, jest tak oczywiste, że przez nic innego oczywistszym stać się nie może.
Ale to przecież ten sam ja jestem, który sobie wyobraża, bo może wprawdzie - jak
to założyłem - żadna zgoła rzecz wyobrażona nie jest prawdziwa, ale sama
zdolność wyobrażania rzeczywiście istnieje i stanowi część mojej świadomości. W
końcu to ten sam ja jestem, który czuję, czyli który rzeczy cielesne jakby za
pomocą zmysłów spostrzegam. Widzę wszak oczywiście światło, słyszę hałas, czuję
ciepło. - Ależ to wszystko jest fałszem! Przecież śpię! Jednakże na pewno wydaje
mi się przynajmniej, że widzę, że słyszę, że czuję ciepło. To nie może być
fałszem, to jest właśnie tym, co się we mnie czuciem nazywa, to zaś czucie, tak
właśnie rozumiane, nie jest niczym innym jak świadomością (cogitare). Na podstawie tego zaiste zaczynam znacznie lepiej poznawać, kim jestem. Lecz
jednak dotąd mi się wydaje i nie mogę się powstrzymać od mniemania, że rzeczy
cielesne, których obrazy kształtuje świadomość i które same zmysły nasze badają,
znacznie wyraźniej się poznaje niż to nie wiadomo co we mnie, co nie daje się
wyobrazić. Chociaż to jednak dziwne, że wyraźniej pojmuję rzeczy, o których
stwierdzam, że są wątpliwe, nieznane, obce mi, niż to, co jest prawdziwe, co
poznane, niż jednym słowem siebie samego. Ale widzę już, jak się ma sprawa, mój
umysł rad błądzi i nie znosi jeszcze zacieśnienia przez granice prawdy. Niechże
więc będzie; zwolnijmy mu jeszcze raz jak najbardziej cugli, żeby ściągnąwszy je
niebawem we właściwej chwili łatwiej było nim kierować. Rozważmy te przedmioty, które powszechnie uchodzą za najwyraźniej ze
wszystkich pojmowane. Są to ciała, których dotykamy, które widzimy. Nie idzie tu
o ciała w ogóle, te bowiem ogólne pojęcia (perceptio) bywają znacznie
bardziej niejasne, lecz o jakieś ciało konkretne. Weźmy np. ten wosk; świeżo
został uzyskany z plastra i jeszcze nie stracił całkiem smaku swego miodu, ma w
sobie jeszcze trochę zapachu kwiatów, z których został zebrany; jego barwa,
kształt, wielkość są widoczne: jest twardy, zimny, można go łatwo dotknąć i gdy
stuknąć weń palcem wydaje dźwięk. Jednym słowem posiada wszystko, co zdaje się
być potrzebne, aby jakieś ciało mogło zostać jak najwyraźniej poznane. Ale oto,
w czasie, gdy to mówię, przybliża się wosk do ognia, traci resztki smaku, zapach
ulatuje, barwa się zmienia, kształt znika, rozmiary rosną, wosk staje się
płynny, gorący, ledwo go dotknąć można i już, jeśli weń stukać, nie wydaje
dźwięku. Czyż to jest dalej ten sam wosk? Trzeba przyznać, że ten sam, nikt temu
nie przeczy, nikt inaczej nie myśli. Cóż to więc było w tym wosku, co tak
wyraźnie się pojmowało? Na pewno nic z tego, co mi było dane przez zmysły,
cokolwiek bowiem podpadało bądź pod zmysł smaku, bądź zapachu, bądź wzroku, bądź
dotyku, bądź słuchu uległo już zmianie: a tymczasem wosk pozostaje. Może to to było, co teraz myślę, mianowicie że wosk sam nie był tą słodyczą
miodu ani tą wonią kwiatów, ani tą bielą, ani kształtem, ani dźwiękiem, lecz
ciałem, które mi się przedtem ujawniało w ten sposób a teraz w inny. Lecz czym
dokładnie jest to, co tak sobie wyobrażam? Zwróćmy baczną uwagę i usunąwszy to
wszystko, co do wosku nie należy, przyjrzyjmy się, co pozostaje; otóż nic
innego, jak tylko coś rozciągłego, giętkiego i zmiennego. Ale co to jest to:
giętkie i zmienne? Czyż to, że sobie wyobrażam, iż ten wosk może przejść z
kształtu okrągłego do kwadratowego, a od tego do trójkątnego? Żadną miarą,
albowiem pojmuję ten wosk jako zdolny do niezliczonej ilości takich zmian, nie
mogę zaś przebiec w wyobraźni niezliczonej ilości, a zatem pojęcie to nie
powstaje dzięki zdolności wyobrażania. A co to jest to: rozciągłe? Czyż może i
ta rozciągłość jego jest mi nieznana? Albowiem w topiącym się wosku staje się
ona większa, jeszcze większa we wrzącym i jeszcze większa, gdy ciepło dalej
wzrasta; i nie osądzałbym słusznie, czym jest wosk, gdybym nie mniemał, że może
on co do rozciągłości ulegać liczniejszym zmianom, aniżeli kiedykolwiek
wyobraźnią swą ogarnąłem. Nic mi więc innego nie pozostaje, jak przyznać, że nie
mogę sobie wyobrazić, czym jest ten wosk, lecz tylko rozumem (mente)
ująć. Mówię to o konkretnym kawałku wosku, o wosku w ogóle jest to jeszcze
bardziej jasne. Ale czym jest ten wosk, który tylko rozumem ujmuję? Oczywiście
jest on tym samym woskiem, co ten, który widzę, którego dotykam, który sobie
wyobrażam, jednym słowem tym samym, który miałem od początku na myśli. A jednak
należy stwierdzić, że jego ujęcie (perceptio) nie polega i nigdy nie
polegało ani na widzeniu, ani na czuciu dotykiem, ani w ogóle na żadnym
wyobrażeniu, jakkolwiek pierwotnie się tak zdawało, lecz polega na wglądzie
samego rozumu (mentis), który może być niedoskonały i niejasny, jak to
też było pierwotnie, albo jasny i wyraźny, jak to jest teraz, zależnie od tego,
czy mniej, czy też bardziej bacznie zwracam uwagę na jego składniki. Tymczasem aż dziwne mi, że rozum mój tak bardzo skłonny jest do błędu, bo
chociaż rozważania me prowadzę w milczeniu, nie wydając głosu, to jednak idę za
słowami i niewiele brakuje, żebym się dał uwieść przez zwykły sposób mówienia:
mówimy bowiem, że widzimy sam wosk, gdy jest on przed nami, a nie, że sądzimy na
podstawie barwy i kształtu, że jest on obecny, A z tego skłonny byłbym zaraz
wyprowadzić wniosek, że poznaję wosk przez działanie wzroku, a nie przez wgląd
rozumu. Lecz oto spostrzegam przez okno ludzi przechodzących ulicą. O nich
też tak samo jak o wosku zwykle mówię, że ich widzę. Cóż jednak naprawdę widzę
prócz czapek i szat, pod którymi mogłyby się ukrywać automaty, lecz sądzę, że to
są ludzie. W taki to sposób, to co zdawało mi się, iż widzę oczami, pojmuję
tylko za pomocą zdolności wydawania sądów, która należy do mego rozumu. Lecz ponieważ pragnę być mądrzejszy niż pospólstwo, powinienem się wstydzić,
że szukam powodu do wątpliwości w sposobie wyrażania się wynalezionym przez
pospólstwo. Chodźmy więc dalej i zwróćmy na to uwagę, czy doskonalej i
oczywiściej ujmowałem, czym jest wosk, gdy go pierwotnie ujrzałem i sądziłem, że
go poznaję przy pomocy samego zmysłu zewnętrznego, albo może przy pomocy tzw.
zmysłu ogólnego, tj. przy pomocy zdolności do wyobrażania, czy też raczej teraz,
gdy starannie zbadałem zarówno, czym wosk jest, jak też w jaki sposób go się
poznaje. Oczywiście nie miałoby sensu mieć co do tego wątpliwości. Cóż bowiem
było wyraźnego w pierwszym sposobie ujmowania, co w nim było takiego, czego by -
jak się zdaje - nie mogło mieć jakiekolwiek zwierzę? Tymczasem, gdy odróżniam
wosk od jego zewnętrznych form i jakby nagi po zdarciu zeń szat rozważam, to
chociażbym może dotąd w sądzie swym się mylił, przecież nie mógłbym wosku w taki
sposób ujmować (percipere), nie mając rozumu (mens) ludzikiego. Cóż jednak powiem o samym tym umyśle (mens), czyli o sobie samym,
dotychczas bowiem nie przyjmuję, aby we mnie prócz umysłu było coś innego. Cóż -
powiadam - ja, który, jak się wydaje, tak wyraźnie ujmuję ten wosk, czyż nie
poznaję siebie samego nie tylko o wiele bardziej prawdziwie, o wiele bardziej
pewnie, lecz także bardziej wyraźnie i oczywiście? Albowiem jeśli sądzę, że wosk
istnieje na tej podstawie, że go widzę, to z tego samego, że wosk ten widzę,
znacznie oczywisciej wynika, że ja sam też istnieję. Bo może tak być, że to, co
widzę, nie jest naprawdę woskiem, może też być, że nawet oczu nie mam, którymi
bym cokolwiek widział; ale jest rzeczą zupełnie niemożliwą, iżbym, skoro widzę
lub (czego, na razie nie odróżniam) myślę (cogitare), że widzę, ja sam
myślący nie był czymś. Podobnie jeśli sądzę, że wosk jest, na tej podstawie, że
go dotykam, to wynika znowu z tego to samo, mianowicie że ja jestem; jeśli sądzę
tak na tej podstawie, że go sobie wyobrażam lub na jakiejkolwiek innej
podstawie, to rzecz ma się oczywiście tak samo. Te same jednak uwagi, które
odniosłem do wosku dają się zastosować do wszystkiego, co znajduje się poza mną.
A dalej, jeśli się wydaje, że ujęcie wosku jest wyraźniejsze, gdy stało mi się
znanym nie tylko dzięki samemu wzrokowi lub dotykowi, lecz dzięki większej
liczbie przyczyn, to ileż bardziej wyraźnie, - trzeba to przyznać - poznaję sam
siebie samego, skoro nie ma żadnych racji, która mogłaby się przyczynić do
ujęcia wosku lub jakiegokolwiek innego ciała, a które by zarazem nie wykazywały
lepiej natury mojego umysłu. Lecz prócz tego jest też i wiele innych rzeczy w
samym umyśle, na podstawie których można dojść do bardziej wyraźnego jego
poznania (notitia), tak iż to, co ciało do tego poznania dodaje, prawie
nie wchodzi - jak się zdaje - w rachubę. Tak oto wreszcie doszedłem sam tam, dokąd chciałem. Skoro bowiem już wiem, że
samych ciał nie ujmuję właściwie za pomocą zmysłów albo za pomocą zdolności
wyobrażania, lecz za pomocą samego rozumu (intellectu), i że nie dzięki
temu się je ujmuje (percipi), że się ich dotyka albo że się je widzi,
lecz tylko dzięki temu, że się je rozumowo pojmuje (intelligantur), to
poznaję jasno, że niczego łatwiej lub oczywiściej ująć (percipi) nie mogę
niż własny mój umysł. Ponieważ jednak przyzwyczajenie nie może tak szybko pozbyć
się zadawnionych poglądów, będzie dobrze, jeśli się przy tym zatrzymam, aby się
to nowe poznanie, przez dłuższe rozpamiętywanie, głębiej wryło w mą pamięć. MEDYTACJA III Zamknę teraz oczy i zatkam uszy, odwrócę wszystkie zmysły, usunę też
wszystkie obrazy rzeczy cielesnych z mojej świadomości lub raczej, ponieważ się
to prawie nie da uskutecznić, nie będę im przypisywał żadnej wartości, jako
czczym i fałszywym. Będę usiłował, mówiąc tylko ze sobą i wglądając głębiej w
siebie samego, stać się sam sobie zwolna lepiej znanym i bliższym. Jestem rzeczą
myślącą (cogitans), to znaczy rzeczą, która wątpi, twierdzi, zaprzecza,
która niewiele rozumie, a wiele rzeczy nie wie, chce, nie chce, a także wyobraża
sobie i czuje. Chociaż wiec - jak to już wyżej zauważyłem - to, co czuję, lub co
sobie wyobrażam, nie jest może poza mną niczym, to jednak jestem tego pewny, że
te sposoby myślenia, które nazywam czuciami lub wyobrażeniami, o tyle, o ile są
tylko jakimiś sposobami myślenia (cogitandi), istnieją we mnie. W tych to niewielu wyrazach wymieniłem wszystko to, co wiem naprawdę, albo
przynajmniej to, o czym dotąd stwierdziłem, że wiem. Teraz pragnę pilniej
rozpatrzyć, czy może jest we mnie jeszcze coś innego, czego dotąd nie
zauważyłem. Wiem to na pewno, że jestem istotą myślącą - czyż więc wiem także, czego na
to potrzeba, abym był czegoś pewny? Otóż w tym pierwszym poznaniu nie ma nic
innego, jak pewne jasne i wyraźne ujęcie tego, co twierdzę. Nie wystarczyłoby to
zaiste do tego, aby mnie upewnić o prawdziwości jakiejś rzeczy, gdyby się mogło
kiedyś zdarzyć, żeby coś, co tak jasno i wyraźnie ujmuję, było fałszem. Widzę
zatem, że mogę jako ogólną zasadę ustanowić, że wszystko to jest prawdą, co
całkowicie jasno i wyraźnie ujmuję. Tymczasem przyjmowałem dawniej wiele rzeczy, jako całkowicie pewnych i
oczywistych, o których się później przekonałem, że są wątpliwe. Cóż to były za
rzeczy? Oto ziemia, niebo, gwiazdy i wszystko to, co mi dawały zmysły. Cóż z
nich jednak jasno ujmowałem? Otóż to, że idee takich rzeczy, czyli myśli (cogitationes)
uświadamiały się memu umysłowi. Lecz i teraz nie zaprzeczam temu, że owe idee są
we mnie. Było to jednak coś innego, co utrzymywałem i o czym - przyzwyczaiwszy
się wierzyć w to - sądziłem, że jasno ujmuję, czego jednak w istocie tak nie
ujmowałem. Utrzymywałem mianowicie, że są jakieś rzeczy poza mną, od których owe
idee pochodzą i do których idee te są całkowicie podobne. W tym to właśnie albo
się myliłem, albo też, jeśli sąd mój był prawdziwy, nie przypadało mu to w
udziale dzięki sile mojego spostrzeżenia (perceptio). A jakże to było, gdy w arytmetyce lub w geometrii rozpatrywałem coś bardzo
prostego i łatwego, jak np. że dwa i trzy dodane do siebie dają pięć - lub coś
podobnego; czy przynajmniej tego nie widziałem dość wyraźnie na to, by
stwierdzić, że jest prawda? Sądziłem wprawdzie później, ze należy o
twierdzeniach tych wątpić, z tego tylko powodu, że przyszło mi na myśl, iż może
jakiś Bóg taką mi mógł dać naturę, że myliłbym się także w tych sprawach, które
wydają się najoczywistszymi. Lecz ilekroć natrafiam na ten przyjęty z góry
pogląd o wszechmocy Boga, tylekroć muszę przyznać, że jeśliby chciał, to mogliby
z łatwością sprawić, iżbym błądził także i w tych sprawach, o których sądzę, że
je jak najoczywiściej widzę oczyma duszy (mentis). Ilekroć jednak zwracam
się do samych rzeczy, o których sądzę, że je bardzo jasno ujmuję, tylekroć tak
całkowicie daję im się przekonać, że mimo woli wypowiadam te słowa: Niechże mnie
zwodzi, kto może! Nie sprawi on tego nigdy, abym był sam niczym, jak długo będę
świadom (cogitabo) tego, że czymś jestem, ani tego, żeby kiedyś było
prawdą, że nigdy nie istniałem, gdy już jest prawdą, że istnieję, albo tego,
żeby dwa dodane do trzech było więcej lub mniej niż pięć, lub czegoś takiego, w
czym oczywiście poznaję jawną sprzeczność. Ponieważ zaś na pewno nie mam żadnego powodu do przyjęcia, że jakiś Bóg jest
zwodzicielem, ani nawet dotąd nie wiem dostatecznie, czy w ogóle jakiś Bóg
istnieje, przeto bardzo słaby i - że tak powiem - metafizyczny jest na tym tylko
mniemaniu oparty powód do wątpienia. Aby jednak i ten powód usunąć, winienem
rozpatrzyć, gdy tylko zdarzy się sposobność, czy istnieje Bóg i czy, jeśli
istnieje, może być zwodzicielem; jak długo bowiem nie wiem tego, to nie wydaje
mi się, bym mógł kiedykolwiek być całkiem pewny w odniesieniu do jakiejkolwiek
innej rzeczy. Teraz jednak - jak się zdaje - porządek wymaga, abym przede wszystkim
wszystkie moje przeżycia świadome (cogitationes) podzielił na pewne
rodzaje i zbadał, w których z nich właściwie jest zawarta prawda lub fałsz.
Niektóre z nich są jak gdyby obrazami rzeczy i tym tylko właściwie przysługuje
nazwa idei, gdy np. przedstawiam sobie (cogito) człowieka, chimerę,
niebo, anioła, Boga. Inne jednak mają jakąś inną jeszcze formę; gdy np. chcę,
gdy się boję, gdy twierdzę, gdy przeczę, wtedy wprawdzie zawsze ujmuję jakąś
rzecz jako przedmiot (subiectum) mojej świadomości, lecz także obejmuję
przeżyciem świadomym coś więcej niż podobieństwo do tej rzeczy. Z nich jedne
nazywają się chceniami albo uczuciami, drugie zaś sądami. Co się zaś tyczy idei, to nie mogą one właściwie być fałszywe, jeżeli się je
rozważa same w sobie, a nie w odniesieniu do czegoś innego; bo czy sobie
wyobrażam kozę czy chimerę, to niemniej prawdą jest, że sobie wyobrażam
pierwszą, jak to, że sobie wyobrażam drugą. Nie należy się też obawiać fałszu w
samym akcie woli czy w uczuciach; bo choćbym mógł pragnąć czegoś niedorzecznego,
a nawet czegoś, czego w ogóle nigdzie nie ma - to niemniej jest prawdą, że ja
tego pragnę. Pozostają więc jedynie sądy jako dziedzina, w której muszę się
strzec przed błędem. Zasadniczy zaś i najczęściej spotykany błąd, jaki mógłby
się w nich znaleźć, polega na tym, że sądzę, iż idee, które są we mnie, są
podobne albo zgodne z jakimiś rzeczami znajdującymi się poza mną. Gdybym
natomiast same idee rozważał jako pewną odmianę (modus) mego przeżycia
świadomego (cogitationis), a nie odnosiłbym ich do czegoś innego, to z
pewnością nie mogłyby mi dać powodu do popełnienia błędu. Z tych zaś idei jedne wydają mi się być wrodzone, inne nabyte, jeszcze inne
przeze mnie samego urobione. Bo, że rozumiem, co to jest rzecz, co prawda, co
przeżycie świadome (cogitatio) - to - jak mi się zdaje - mam nie
skądinąd, jak od samej mojej natury. Że zaś teraz słyszę hałas, widzę słońce,
czuję ciepło ognia, to - jak dotychczas sądziłem - pochodzi od jakichś rzeczy
poza mną się znajdujących. A wreszcie syreny, hipogryfy itip. są urobione przeze
mnie samego. Ale mogę też może uważać wszystkie idee za nabyte, albo też
wszystkie za wrodzone, albo wszystkie za urobione przeze mnie samego; nie zdałem
sobie jeszcze bowiem jasno sprawy, skąd one naprawdę pochodzą. Tu jednak należy się zająć przede wszystkim tymi ideami, które - jak sądzę -
pochodzą jakoby od rzeczy istniejących na zewnątrz mnie [i zbadać], jaka racja
skłania mnie do tego, żebym je uważał za podobne do tych rzeczy. Otóż wydaje mi
się, że poucza mnie o tym natura, a dalej wiem z doświadczenia, że idee te nie
zależą od mojej woli, a tym samym ode mnie samego, często bowiem narzucają mi
się wbrew woli; tak np. czy chcę, czy nie chcę, czuję ciepło i dlatego sądzę, że
wrażenie to, czyli idea ciepła przychodzi do mnie od rzeczy różnej ode mnie,
mianowicie od ciepła ognia, przy którym siedzę. Najoczywiściej też narzuca się
sąd, że rzecz owa przekazuje mi raczej swoją podobiznę, niż cokolwiek innego. Czy racje te są dostatecznie mocne? Rozpatrzę to teraz. Gdy tu mówię, że
poucza mnie o tym natura, to rozumiem przez to tylko, że jakiś pęd samorzutny
popycha mnie do tej wiary, a nie, jakoby mi się to okazywało prawdą dzięki
jakiemuś światłu przyrodzonemu (lumen naturale). A to są rzeczy bardzo
różne. Wszystko bowiem, co mi się ujawnia przez światło przyrodzone (jak np. że
stąd, iż wątpię, wynika, że istnieję itp.), żadną miarą nie może podlegać
wątpliwości, ponieważ nie może istnieć żadna inna władza poznawcza, której bym w
tym samym stopniu ufał jak owemu światłu i która mogłaby mnie pouczyć, że to nie
jest prawdą. Co się zaś tyczy popędów naturalnych, to już niejednokrotnie
dawniej doszedłem do wniosku, że mnie popychały do zła, kiedy chodziło o wybór
między złem a dobrem. Nie widzę więc, dlaczego miałbym im bardziej ufać w
jakiejkolwiek innej sprawie. A dalej, chociaż owe idee nie są zależne od mojej woli, to nie wynika z tego,
że muszą pochodzić od rzeczy znajdujących się poza mną. Tak bowiem jak owe
popędy, o których przed chwilą mówiłem, że chociaż są we mnie, to wydają się
czymś różnym od woli, tak może jest jeszcze we mnie jakaś inna zdolność, nie
dość mi jeszcze znana, która stwarza owe idee. Tak mi się właśnie zawsze
dotychczas wydawało, że powstają one we mnie, w czasie snu, bez współudziału
jakichkolwiek rzeczy zewnętrznych. A w końcu, gdyby nawet pochodziły od rzeczy różnych ode mnie, to nie wynika,
że muszą być do nich podobne. Przeciwnie, zdaje mi się, że często w wielu
wypadkach zauważyłem wielką różnicę [miedzy przedmiotem a jego ideą]. Tak np.
znajduję w sobie dwie różne idee słońca, jedną jak gdyby od zmysłów zaczerpniętą
i tę należałoby umieścić w rzędzie idei pochodzących - jak sądzę - z zewnątrz.
Dzięki niej słońce wydaje mi się bardzo małe. Druga idea jednak jest wzięta z
obliczeń astronomii, tzn. z pewnych wrodzonych mi pojęć albo też urobiona przeze
mnie w jakiś inny sposób. Przy pomocy tej wydaje mi się słońce kilkakrotnie
większe od ziemi. Z pewnością obie nie mogą być podobne do tego samego słońca
istniejącego poza mną; i rozum każe mi wierzyć, że ta, którą uważam za
bezpośrednio od słońca pochodzącą, bardzo jest do niego niepodobna. Wszystko to
dostatecznie wykazuje, że nie na pewnym sądzie, lecz tylko na ślepym popędzie
oparta była moja dotychczasowa wiara w istnienie pewnych rzeczy różnych ode
mnie, które wywołują we mnie swe idee czy też obrazy przy pomocy organów
zmysłowych albo w jakikolwiek inny sposób. Nasuwa mi się jednak jeszcze inna droga zbadania, czy istnieją poza mną
jakieś rzeczy spośród tych, których idee są we mnie. O ile bowiem owe idee są
tylko pewną odmianą świadomości, to nie widzę, żeby się w ogóle między sobą
różniły i wszystkie zdają się pochodzić w ten sam sposób ode mnie; lecz jeżeli
jedna reprezentuje jedną rzecz, a inna inną, wtedy oczywiście różnice między
nimi będą bardzo wielkie. Bez wątpienia bowiem te idee, które mi przedstawiają
substancję, są czymś więcej i zawierają w sobie więcej - że się tak wyrażę -
obiektywnej rzeczywistości (realitatis obiectivae), aniżeli te, które
przedstawiają tylko sposoby (modi), czy też przypadłości (accidentia);
a znowuż idea, przez którą przedstawiam sobie jakiegoś Boga najwyższego, który
jest wieczny, nieskończony, wszystkowiedzący, wszechmogący i jest stworzycielem
wszystkiego, co jest poza nim, zawiera z pewnością więcej obiektywnej
rzeczywistości aniżeli te idee, które przedstawiają substancje skończone. Jest zaś rzeczą oczywistą dzięki światłu przyrodzonemu, że przynajmniej tyle
musi być rzeczywistości w całkowitej przyczynie sprawczej, ile w jej skutku, bo
skąd - pytam - mógłby skutek wziąć swoją rzeczywistość, jak nie z przyczyny? A
jakżeby przyczyna mogła mu ją dać, gdyby jej sama nie posiadała? Z tego jednak
wynika, że ani żadna rzecz nie może powstać z niczego, ani też rzecz
doskonalsza, tzn. taka, która zawiera w sobie więcej rzeczywistości, me może
powstać z mniej doskonałej; i to jest oczywistą prawdą nie tylko w odniesieniu
do tych skutków, których rzeczywistość jest aktualna lub formalna, ale także w
odniesieniu do idei, w których wchodzi w grę tylko rzeczywistość obiektywna. To
znaczy, że nie tylko nie może - na przykład - zacząć istnieć teraz jakiś kamień,
którego przedtem nie było, o ile nie zostałby wytworzony przez jakąś rzecz,
która by zawierała w sposób formalny (formaliter) albo eminentny (eminenter)
wszystko to, co przysługuje kamieniowi; nie może też ciepło przeniknąć żadnego
przedmiotu, który tego ciepła przedtem nie posiadał, chyba że zostanie ono
wprowadzone przez jakąś rzecz o tym samym co najmniej stopniu doskonałości, co
ciepło; i podobnie rzecz się ma z wszystkim innym. Ale oprócz tego nie może
istnieć we mnie idea ciepła czy kamienia, o ile by mi jej nie przekazała jakaś
przyczyna, która by zawierała przynajmniej tyle rzeczywistości, ile myślę, że
jest w cieple czy kamieniu. Bo wprawdzie owa przyczyna nie wnosi do mojej idei
niczego ze swej rzeczywistości aktualnej Iub formalnej, to jednak nie należy tym
samym sądzić, że przyczyna owa powinna by być mniej rzeczywistą. Lecz taka jest
natura samej idei, iż żadnej innej rzeczywistości formalnej od siebie nie
wymaga, jak tylko tej, którą czerpie z mojej świadomości (cogitatio),
jako pewną jej odmianę. To zaś, że owa idea zawiera tę lub tamtą rzeczywistość
obiektywną raczej niż jakąś inną, to musi oczywiście pochodzić od jakiejś
przyczyny, w której jest przynajmniej tyle rzeczywistości formalnej, iIe ma owa
idea rzeczywistości obiektywnej. Jeżeli byśmy bowiem założyli, że w idei
znajduje się coś, czego nie ma w jej przyczynie, to pochodziłoby to z niczego. A
chociaż wielce niedoskonały jest ten rodzaj istnienia, dzięki któremu rzecz jest
w naszym umyśle (intellectus) obiektywnie przez ideę, to zaiste nie jest
on jednak niczym, a zatem nie może też powstać z niczego Nie powinienem też przypuszczać, że skoro rzeczywistość, którą oglądam w
moich ideach, jest tylko obiektywna, to nie potrzeba, by ta sama rzeczywistość
była formalnie w przyczynach owych idei, lecz że wystarczy, by była i w nich
także w sposób obiektywny; albowiem tak, jak ów obiektywny rodzaj istnienia
przynależy do idei z ich natury, tak formalny rodzaj istnienia przynależy do
przyczyn idei, przynajmniej do pierwszych i głównych, z ich natury. I chociażby
może jedna idea mogła powstać z innej, to nie mogłoby tak iść w nieskończoność,
lecz w końcu trzeba dojść do jakiejś pierwszej idei, której przyczyna byłaby jak
gdyby pierwowzorem zawierającym formalnie całą rzeczywistość, znajdującą się w
idei tylko obiektywnie; i tak staje mi się dzięki światłu przyrodzonemu jasne,
że idee są we mnie jak gdyby obrazami, które wprawdzie łatwo mogą nie dorównywać
doskonałością rzeczom, od których pochodzą, ale nie mogą zawierać niczego
większego lub doskonalszego. Im dłużej i dokładniej to wszystko badam, tym jaśniej i i wyraźniej poznaję,
że to jest prawdziwy stan rzeczy; lecz jakiż z tego w końcu wysnuję wniosek?
Otóż - jeżeli rzeczywistość obiektywna którejkolwiek z moich idei jest tak
wielka, że jest rzeczą pewną, iż nie może ona być we mnie ani formalnie ,ani
eminentnie, a co za tym idzie, że ja sam nie mogę być przyczyną owej idei, - to
z tego wynika niezbicie, że nie jestem sam na świecie, lecz że istnieje jeszcze
jakaś inna rzecz, która jest przyczyną owej idei. Jeżeli się jednak żadna taka
idea we mnie nie znajdzie, to oczywiście nie będę miał żadnego dowodu, który by
mnie upewnił o istnieniu jakiejś rzeczy różnej ode mnie; wszystko bowiem jak
najdokładniej rozpatrzyłem i niczego innego dotychczas znaleźć nie zdołałem. Pośród wszystkich jednak moich idei - oprócz tej, która mi przedstawia mnie
samego i która nie może tu sprawiać żadnej trudności - jest druga, która
przedstawia mi Boga, inne przedstawiają mi rzeczy cielesne i bezduszne, inne
znów aniołów, inne zwierzęta, a w końcu takie, które mi przedstawiają innych
ludzi, do mnie podobnych. Łatwo też pojmuję, że jeżeli chodzi o idee, które
przedstawiają innych ludzi, bądź zwierzęta, bądź aniołów, to można je utworzyć
przez połączenie posiadanych przeze mnie idei mnie samego, rzeczy cielesnych i
Boga, nawet gdyby nie było na świecie oprócz mnie żadnych ludzi, ani zwierząt,
ani aniołów. Co się zaś tyczy idei rzeczy cielesnych, to nic w nich nie pojawia się tak
wielkiego, żeby nie mogły one pochodzić ode mnie samego. Jeżeli bowiem przyjrzę
się im dokładniej i zbadam poszczególne idee w ten sam sposób, jak wczoraj
zbadałem ideę wosku, to widzę, że tylko bardzo niewiele jest rzeczy, które w
nich ujmuję jasno i dokładnie, a mianowicie wielkość, tj. rozciągłość pod
względem długości, szerokości i głębokości; kształt, który powstaje dzięki
ograniczeniu tej rozciągłości, położenie, jakie przyjmują względem siebie różne
przedmioty wyposażone w kształt, i ruch, czyli zmianę owego położenia. Do tego
można jeszcze dodać substancję, trwanie i liczbę. Wszystko zaś inne, jak np.
światło, barwy, dźwięki, zapachy, smaki, ciepło i zimno i inne jakości
podpadające pod zmysł dotyku, zjawiają się w mojej świadomości jedynie bardzo
bezładnie i niejasno, tak dalece, że nawet nie wiem, czy są prawdziwe, czy
fałszywe, tzn. czy ich idee, które posiadam są ideami jakichś rzeczy czy
nie-rzeczy. Wprawdzie bowiem - jak to niedawno nadmieniłem - właściwą czyli
formalną fałszywość można napotkać jedynie w sądach, to jednak istnieje zaiste
pewna fałszywość materialna w ideach, gdy przedstawiają jako rzecz coś, co nie
jest rzeczą. Tak np. idee ciepła i zimna, które posiadam, są tak niejasne i
niewyraźne, że nie potrafią mnie pouczyć, czy zimno jest tylko brakiem ciepła,
czy ciepło brakiem zimna, czy jedno i drugie jest jakością realną, czy żadne z
nich. Ponieważ jednak nie mogą istnieć żadne idee, które by nie były jak gdyby
ideami jakiejś rzeczy, i przeto jeżeliby było prawdą, że zimno nie jest niczym
innym jak tylko brakiem ciepła, to słusznie nazwalibyśmy fałszywą ideę, która mi
je przedstawia jako coś realnego i pozytywnego. Podobnie w pozostałych
wypadkach. Nie trzeba więc, abym takim ideom wyznaczał jakiegoś innego sprawcę,
różnego ode mnie. Jeżeli bowiem są fałszywe, tzn. nie przedstawiają żadnych
rzeczy, to wiem dzięki światłu przyrodzonemu, że pochodzą z niczego, tzn. są we
mnie tylko wskutek pewnych braków i niedoskonałości mojej natury. Jeżeli jednak
są prawdziwe, to nie wiem, dlaczego by nie mogły pochodzić ode mnie samego,
skoro tak mało mi przedstawiają rzeczywistości, że nawet nie mogę jej odróżnić
od nicości (non re). Co się zaś tyczy tego, co jest jasne i wyraźne w
ideach rzeczy cielesnych, to - jak mi się zdaje - mogłem coś zapożyczyć z idei
mnie samego, jak np. substancja, trwanie, liczba i tym podobne. Gdy bowiem
myślę, że kamień jest substancją, czyli rzeczą, która sama dla siebie zdolna
jest istnieć, i ja też jestem substancją, to chociaż rozumiem, że ja jestem
rzeczą myślącą a nie rozciągłą, kamień zaś rzeczą rozciągłą a nie myślącą i
wskutek tego wielka jest różnica między obu tymi pojęciami, to jednak wydają się
zgadzać w tym, że jedno i drugie jest substancją. Tak samo skoro pojmuję (percipio),
że ja teraz istnieję i już przedtem - jak sobie przypominam - jakiś czas
istniałem, i że mam różne myśli (cogitationes), których liczbę znam, to
dochodzę do idei trwania i liczby, które następnie mogę przenieść na dowolne
inne rzeczy. Pozostałe zaś właściwości, z których składają się idee rzeczy
cielesnych, jak rozciągłość, kształt, położenie i ruch nie znajdują się
wprawdzie we mnie formalnie, jako że nie jestem niczym innym jak rzeczą myślącą;
ale ponieważ są to tylko pewne modi substancji, a ja jestem substancją, to mogą
- jak się zdaje - zawierać się we mnie eminentnie. Pozostaje więc jedynie idea Boga, nad którą należy się zastanowić, czy nie ma
w niej czegoś takiego, co by nie mogło pochodzić ode mnie samego. Pod nazwą Boga
rozumiem pewna substancję nieskończoną, niezależną, o najwyższym rozumie i mocy,
która stworzyła mnie samego i wszystko inne, co istnieje, o ile istnieje. Otóż
te wszystkie przymioty są tak wielkie, że im uważniej się nad nimi zastanawiam,
tym bardziej niemożliwym mi się wydaje, by mogły pochodzić ode mnie samego. Musi
się więc na podstawie tęgo, co przed chwilą powiedziałem, dojść do wniosku, że
Bóg koniecznie istnieje. Bo chociaż idea substancji jest wprawdzie we mnie,
dlatego właśnie, że ja sam jestem substancją, nie byłaby to jednak idea
substancji nieskończonej, jako że ja jestem skończony, chyba, żeby pochodziła od
jakiejś substancji, która by naprawdę była nieskończona. Nie powinienem też sądzić, że nie ujmuję (percipere)
nieskończoności przy pomocy prawdziwej idei, lecz tylko przez zaprzeczenie
skończoności, tak jak pojmuję spoczynek i ciemności przez zaprzeczenie ruchu i
światła; albowiem przeciwnie, rozumiem to zupełnie jasno, że więcej
rzeczywistości jest w substancji nieskończonej niż w skończonej, i że zatem jest
we mnie w jakiś sposób na pierwszym miejscu pojecie (perceptio)
nieskończoności przed pojęciem skończoności, czyli pojęcie Boga przed pojęciem
mnie samego. Bo jakżebym mógł inaczej zrozumieć, że mam wątpliwości, że czegoś
pragnę, tzn. że czegoś mi brak i że nie jestem zupełnie doskonały, jeżeliby nie
było we minie żadnej idei istoty doskonalszej, której porównanie ze mną
pozwoliłoby mi poznać własne moje braki? Nie można także powiedzieć, że może ta idea Boga jest materialnie fałszywa, a
tym samym może powstać z niczego. Jak to przed chwilą zauważyłem o idei ciepła,
zimna i tym podobnych; przeciwnie, ponieważ jest ona tak jasna i wyraźna i
więcej ma w sobie rzeczywistości obiektywnej niż każda inna, to żadna nie jest
sama z siebie bardziej prawdziwa ani w mniejszym stopniu podległa podejrzeniu o
fałszywość. Jest - powiadam - ta idea istoty najbardziej doskonałej i
nieskończonej w najwyższym stopniu prawdziwa; bo chociaż może można by sobie
pomyśleć, że taka istota nie istnieje, to nie można sobie pomyśleć, że jej idea
nie przedstawia mi niczego rzeczywistego, jak to przedtem powiedziałem o idei
zimna. A także jest w najwyższym stopniu jasna i wyraźna, albowiem wszystko to,
co ujmuję (percipio) jasno i wyraźnie jako rzeczywiste, prawdziwe i w
pewien sposób doskonałe, to w niej się zawiera. Co wcale nie przeszkadza, że
mogę nie rozumieć nieskończoności, albo że są w Bogu niezliczone rzeczy, których
w żaden sposób nie mogę ani zrozumieć, ani może nawet myślą dotknąć; bo już w
naturze nieskończoności leży to, że ja - jako skończony - nie pojmuję jej i
wystarczy, żebym właśnie to zrozumiał i sądził, że to wszystko, co ujmuję (percipio)
jasno i wyraźnie i co - jak wiem - zawiera pewną doskonałość, a także może
jeszcze bardzo wiele innych rzeczy, których nie znam, jest w Bogu formalnie albo
eminentnie, to - jak mówię - wystarczy, aby idea, którą mam o nim, była
najprawdziwszą, najjaśniejszą i najwyraźniejszą ze wszystkich, jakie posiadam. Ale może jestem czymś więcej, niż to sam myślę, i wszystkie owe doskonałości,
które przypisuję Bogu, znajdują się jakoś potencjalnie we mnie, chociaż się
jeszcze nie ujawniły i nie zaktualizowały. Sam przecież doświadczam, że moje
poznanie stopniowo wzrasta; i nie widzę, co by mogło stanąć na przeszkodzie, by
tak wzrastało coraz bardziej i bardziej aż do nieskończoności - i dlaczego bym
nie mógł przy pomocy tak wydoskonalonego poznania osiągnąć wszystkich innych
doskonałości Boga - i dlaczegoż by w końcu ta zdolność do osiągnięcia
owych doskonałości, skoro już jest we mnie, nie wystarczała do wytwarzania owych
idei? A tymczasem to wszystko jest niemożliwe, bo po pierwsze, gdyby nawet było
prawdą, że moje poznanie wzrasta stopniowo i że wiele rzeczy jest we mnie
potencjalnie, które jeszcze nie stały się aktualnymi, to nic z tego nie odnosi
się do idei Boga, w której przecież niczego w ogóle nie ma potencjalnie, i
właśnie samo to stopniowe wzrastanie jest najpewniejszym dowodem
niedoskonałości. Po drugie, chociażby moje poznanie stale coraz bardziej i
bardziej wzrastało, to niemniej rozumiem, że nie stałoby się przez to aktualnie
(actu) nieskończone, bo nigdy nie dojdzie do tego [stopnia doskonałości],
by nie było zdolne do jeszcze większego przyrostu. O Bogu zaś sądzę, że jest
aktualnie nieskończony w takim stopniu, że do jego doskonałości niczego już
dodać nie można. A w końcu pojmuję (percipio), że obiektywne istnienie
idei nie może pochodzić od czegoś istniejącego tylko potencjalnie, co właściwie
mówiąc jest niczym, lecz tylko od istnienia aktualnego lub formalnego. I zaiste niczego w tym wszystkim nie ma, co by nie było oczywiste dzięki
światłu przyrodzonemu dla tych, którzy pilnie to rozważą. Ale gdy mniej uważam i
obrazy rzeczy zmysłowych przyćmiewają bystrość mego umysłu, to nie tak łatwo
sobie przypomnę, dlaczego idea istoty (ens) doskonalszej ode mnie musi
koniecznie pochodzić od jakiejś istoty naprawdę doskonalszej. Można się dalej
pytać, czy mógłbym istnieć ja sam, mający tę ideę, gdyby nie istniała żadna taka
istota. Od kogóż więc pochodziłbym? Oczywiście od siebie, albo od rodziców, albo od
czegoś mniej doskonałego od Boga, bo przecież nie można sobie pomyśleć ani
wymyślić niczego doskonalszego ani nawet równie doskonałego, jak on. Gdybym
jednak sam od siebie pochodził, to nie miałbym ani wątpliwości, ani pragnień,
ani w ogóle żadnych braków, bo wyposażyłbym się we wszystkie doskonałości,
których idee są we mnie i w ten sposób sam byłbym Bogiem. I nie powinienem
sądzić, że może trudniej byłoby mi osiągnąć to, czego mi brak, niż to, co już
jest we mnie, albowiem przeciwnie jest oczywiste, że znacznie trudniej by było,
bym ja, to jest rzecz, czyli substancja myśląca, powstał z niczego, aniżelibym
osiągnął poznanie wielu rzeczy nie znanych mi, będących tylko przypadłością (accidentia)
owej substancji. A z pewnością nie odmawiałbym sobie tego, co można łatwiej
osiągnąć, gdybym tamto, które jest czymś większym, miał sam od siebie. A także
żadnej z tych rzeczy, które pojmuję (percipio) jako zawarte w idei Boga,
skoro żadna nie wydaje mi się trudniejszą do osiągnięcia. Gdyby jednak któraś
była taka, to z pewnością także by mi się wydawała trudniejszą - gdybym inne
rzeczy, które posiadam, miał od siebie - ponieważ tu doświadczałbym, że moc moja
jest ograniczona. Nie uniknę tez siły przekonywującej tych argumentów, gdy przyjmę, że może
zawsze istniałem taki, jaki teraz jestem, jak gdyby z tego miało wyniknąć, że
nie należy szukać już żadnego sprawcy mojego istnienia. Ponieważ bowiem cały
okres życia można podzielić na niezliczone części, które jedne od drugich w
żaden sposób nie są zależne, więc z tego, że przed chwilą istniałem nie wynika,
że muszę teraz istnieć, chyba że jakaś przyczyna mnie na tę chwilę jak gdyby na
nowo stworzy, to jest mnie zachowa. Albowiem jasne jest dla tych, co badają
naturę czasu, że takiej samej siły i czynności potrzeba, by jakąś rzecz zachować
w poszczególnych momentach, w których trwa, jakiej by potrzeba, aby ją na nowo
stworzyć, gdyby dotychczas nie istniała; tak, że to, iż zachowanie różni się od
stworzenia tylko pojęciowo, należy też do tego, co jest oczywiste dzięki światłu
przyrodzonemu (lumen naturale). Muszę się więc
sam siebie zapytać, czy posiadam jakąś moc, przez którą mógłbym sprawić, abym
ja, ten który teraz jestem, mógł istnieć także za chwilę. Bo skoro nie jestem
niczym innym jak tylko rzeczą myślącą, a przynajmniej mówię teraz dokładnie o
tej tylko części mojego ja, która jest rzeczą myślącą, to bez wątpienia byłbym
świadomy tej mocy, gdyby ona była we mnie. A tymczasem nie znajduję niczego
takiego [w sobie], i stąd najoczywiściej poznaję, że jestem zależny od jakiejś
istoty różnej ode mnie. Może jednak istota owa nie jest Bogiem i ja pochodzę od rodziców albo od
jakichś innych przyczyn mniej doskonałych niż Bóg? Tymczasem, jak już przedtem
powiedziałem jest rzeczą oczywistą, że przynajmniej tyle rzeczywistości musi być
w przyczynie, ile jej jest w skutku. A ponieważ jestem rzeczą myślącą i posiadam
jakąś ideę Boga, to należy przyznać, że cokolwiek by się w końcu przyjęło za
przyczynę mego istnienia, jest ona także rzeczą myślącą i posiada ideę tych
wszystkich doskonałości, które przypisuję Bogu. I znów o nią można by pytać, czy
pochodzi od siebie samej, czy od jakiejś innej przyczyny; bo jeżeli od siebie
samej, to wynika z tego, co powiedziałem, że ona sama jest Bogiem. Bez wątpienia
bowiem, jeżeli jest w niej moc istnienia samej przez się, to jest w niej też moc
posiadania aktualnie tych wszystkich doskonałości, których ideę ma w sobie, tzn.
wszystkich, które - wedle mego pojmowania - są w Bogu. Jeżeli zaś pochodzi od
innej przyczyny, to znów w ten sam sposób można pytać o tę drugą, czy istnieje
sama z siebie czy z innej przyczyny, dopóki nie dojdzie się w końcu do ostatniej
przyczyny, którą będzie Bóg. Jest bowiem dostatecznie widoczne, że nie można w
ten sposób postępować w nieskończoność, zwłaszcza że nie chodzi tu tylko o
przyczynę, która mnie niegdyś stworzyła, lecz przede wszystkim także o tę, która
mnie obecnie zachowuje. Nie można też wyobrazić sobie, że może więcej przyczyn częściowych złożyło
się na moje powstanie i od jednej otrzymałem ideę jednej z doskonałości, które
przypisuję Bogu, od drugiej ideę innej doskonałości, tak że wprawdzie wszystkie
owe doskonałości gdzieś w wszechświecie się znajdują, ale nie wszystkie razem
złączone w jakiejś jedności, która by była Bogiem. Jest bowiem przeciwnie;
jedność, prostota, czyli nierozłączność" wszystkiego, co jest w Bogu, jest
właśnie jedną z zasadniczych doskonałości, które są w nim według mego pojęcia. I
z pewnością nie mogła powstać we mnie ide tej jedności wszystkich doskonałości z
żadnej takiej przyczyny, od której bym nie otrzymał także idei innych
doskonałości. Nie mogła bowiem sprawić, abym rozumiał, że idee owe są razem
połączone i nierozdzielne, gdyby równocześnie nie sprawiła, bym poznał, jakie
one są. Co się zaś w końcu tyczy rodziców, to choć wszystko może być prawdą, co
kiedykolwiek o nich sądziłem, jednak bynajmniej oni mnie nie zachowują, a także
w żaden sposób mnie nie stworzyli jako rzeczy myślącej, lecz tylko włożyli pewne
dyspozycje w tę materię, w której jak sądziłem tkwię ja, czyli mój duch (mens),
bo jego tylko uważam teraz za siebie. A dalej nie może tu już powstać żadna
trudność, lecz w ogóle trzeba dojść do wniosku, że już to samo, iż ja istnieję i
posiadam ideę istoty najdoskonalszej, to jest Boga, dowodzi jak najoczywiściej,
że Bóg także istnieje. Pozostaje mi jeszcze tylko zbadać, w jaki sposób otrzymałem ową ideę od Boga.
Bo nie otrzymałem jej ani przy pomocy zmysłów, ani też nigdy nie przyszła do
mnie niespodzianie, jak zazwyczaj idee rzeczy zmysłowych, kiedy się te rzeczy
narzucają, względnie wydają narzucać zewnętrznym organom zmysłów. Nie mogłem jej
także sobie wytworzyć, bo nie mogę niczego zgoła z niej ująć ani niczego do niej
dodać. Wobec tego nie pozostaje nic innego, jak przyjąć, że jest mi wrodzona,
tak samo, jak mi jest wrodzona idea minie samego. I naprawdę nie ma w tym nic
dziwnego, że Bóg stwarzając mnie, zaszczepił we mnie tę ideę, by była jak gdyby
znakiem, którym artysta naznaczył swoje dzieło. Nie trzeba też wcale, by ten
znak był czymś różnym od samego dzieła, lecz na podstawie tego tylko, że Bóg
mnie stworzył, jest bardzo wiarogodne, że mnie stworzył w pewien sposób na obraz
i podobieństwo swoje i że to podobieństwo, które zawiera ideę Boga, pojmuję (percipere)
przy pomocy tej samej zdolności, przez którą pojmuję (percipio) siebie
samego. To znaczy, że gdy skieruję uwagę na siebie samego, to nie tylko pojmuję,
że jestem rzeczą niekompletną i zależną od kogoś innego, rzeczą, która dąży
wiecznie do czegoś większego i lepszego, lecz pojmuję także równocześnie, że
ten, od którego jestem zależny, posiada te wszystkie rzeczy większe nie w jakiś
sposób nieokreślony i potencjalny tylko, lecz rzeczywiście ma je w sobie w
stopniu nieograniczonym, a przeto jest Bogiem. Cała siła tego dowodu polega na tym, że uznaję, iż nie byłoby możliwe, żebym
istniał taki jaki jestem, a mianowicie taki, który ma w sobie ideę Boga, gdyby
nie istniał naprawdę Bóg. Ten sam Bóg - powiadam - którego idea jest we mnie,
tzn. posiadający te wszystkie doskonałości, których wprawdzie nie mogę pojąć,
lecz zaledwie tylko w jakaś sposób zbliżyć się do nich myślą - i który nie
podlega żadnym brakom. Z tego jasno wynika, że nie może on być zwodzicielem, bo
oczywiste jest dzięki światłu przyrodzonemu, że wszelkie oszustwo i wszelkie
zwodzenie mą źródło w jakimiś braku. Zanim jednak zbadam to dokładniej i zarazem przejdę do rozważania innych
prawd, które stąd można wysnuć, chciałbym zatrzymać się jakiś czas na
kontemplacji Boga, rozważyć jego przymioty i oglądać, podziwiać i uwielbiać
piękno tego niezmierzonego światła, tyle ile potrafi znieść wzrok mojego
przyćmionego umysłu. Tak bowiem, jak nas uczy wiara, że na samym jedynie
oglądaniu boskiego majestatu polega najwyższa szczęśliwość przyszłego życia, tak
też doświadczamy, że to oglądanie, chociaż o wiele mniej doskonałe, może nam dać
najwyższą rozkosz, do jakiej w tym życiu jesteśmy zdolni. MEDYTACJA IV W tych ostatnich dniach tak przywykłem do odwracania mego umysłu od zmysłów i
tak dokładnie spostrzegłem, że bardzo niewiele pojmuje się prawdziwie z tego, co
dotyczy rzeczy cielesnych, o wiele więcej poznaje się prawd o umyśle ludzkim, a
jeszcze więcej o Bogu, - że teraz bez najmniejszych trudności odwrócę myśl moją
od rzeczy wyobrażalnych ku rzeczom dającym się ująć tylko rozumem i oddzielonym
od wszelkiej materii. I rzeczywiście idea umysłu ludzkiego, którą posiadam -
jako idea rzeczy myślącej, nie rozciągłej na długość, szerokość i głębokość i
nie mającej niczego z przymiotów ciała, jest o wiele bardziej wyraźna niż idea
jakiejkolwiek rzeczy cielesnej. A kiedy biorę pod uwagę, że mam wątpliwości,
czyli że jestem rzeczą niedoskonałą (incompletam) i zależną, narzuca mi
się wtedy bardzo jasna i wyraźna idea istoty niezależnej i doskonałej tj. Boga;
i na tej jednej podstawie, że taka idea jest we mnie, czy też, że ja - mający
taką ideę - istnieję, dochodzę do tak oczywistego wniosku, iż Bóg także istnieje
i że od niego zależy w każdym poszczególnym momencie całe moje istnienie, iż
wierzę, że umysł ludzki niczego nie może poznać z większą oczywistością i
pewnością. I już wydaje mi się, że widzę jakąś drogę, która doprowadzi od tego
rozważania prawdziwego Boga, w którym są ukryte wszystkie skarby wiedzy i
mądrości, do poznania wszystkich innych rzeczy. Przede wszystkim bowiem poznaję, że jest niemożliwością, by Bóg mnie
kiedykolwiek zwiódł, bo w każdym zwodzeniu czy podejściu jest coś
niedoskonałego; i choćby się wydawało, że móc zwodzić jest oznaką
bystrości czy mocy, to chcieć zwodzić dowodzi niewątpliwie złośliwości
albo słabości i co za tym idzie nie może dotyczyć Boga. Następnie doświadczam, że jest we mnie pewna zdolność wydawania sądu, którą z
pewnością otrzymałem od Boga, tak jak i wszystko inne, co jest we mnie, a że on
nie chce mnie oszukiwać, to na pewno ta zdolność, którą mi dał nie jest tego
rodzaju, bym mógł błądzić, posługując się mą w sposób właściwy. Nie budziłoby to też żadnych wątpliwości, gdyby się nie wydawało, że stąd
wynika, iż nie mógłbym nigdy błądzić. Bo skoro wszystko, co jest we mnie, mam od
Boga, a on nie dałby mi żadnej możliwości błądzenia, to - jak się zdaje - nie
mógłbym nigdy zbłądzić. Toteż dopóki myślę tylko o Bogu i cały się ku niemu
zwracam, nie znajduję żadnej przyczyny błędu ani fałszywości. Lecz potem,
wracając do siebie doświadczam tego, że przecież podlegam niezliczonym błędom, i
szukając ich przyczyny spostrzegam, że narzuca mi się nie tylko realna i
pozytywna idea Boga, czyli istoty najdoskonalszej, lecz także - jeśli tak można
powiedzieć - jakaś negatywna idea niczego, czyli tego, co jest najbardziej
oddalone od wszelkiej doskonałości. Że więc jestem jakby czymś pośrednim miedzy
Bogiem a niczym, czyli tak umieszczony między najwyższym bytem a niebytem, że o
ile chodzi o pochodzenie od najwyższego bytu, to nie ma we mnie wprawdzie
niczego, co by mnie mogło prowadzić do fałszu czy błędu, lecz o ile także w
jakiś sposób mam udział w niczym, czyli w niebycie, tzn. o ile sam nie jestem
najwyższym bytem i bardzo wielu rzeczy mi brak, to nie jest niczym dziwnym, że
podlegam błędom. Tak więc poznaję z całą pewnością, że błąd sam w sobie nie jest
niczym realnym i zależnym od Boga, lecz jest tylko pewnym brakiem; że więc do
tego, abym błądził nie potrzeba mi jakiejś zdolności danej mi w tym właśnie celu
od Boga, lecz to, iż mi się zdarza błądzić pochodzi stąd, że zdolność wydawania
prawdziwego sądu dana mi przez Niego nie jest we mnie nieskończona. A jednak to mnie jeszcze nie zupełnie zadowala, ponieważ błąd nie jest czystą
negacją, lecz pozbawieniem czy też brakiem pewnego poznania, które by powinno
jakoś we mnie się znajdować. A rozpatrując uważnie naturę Boga, nie wydaje się
możliwym, by obdarzył mnie jakaś zdolnością, która by nie była w swoim rodzaju
doskonałą, czyli pozbawioną jakiejś doskonałości, którą powinna mieć. Bo jeżeli
jest prawdą, że im większy artysta, tym doskonalsze dzieła od niego pochodzą, to
cóż by mogło być stworzone przez owego najwyższego twórcę wszystkich rzeczy, co
by nie było pod każdym względem doskonałe? Bez wątpienia Bóg mógł mnie stworzyć
takim, żebym się nigdy nie mylił; a także nie ma wątpliwości, że zawsze chce
tego, co najlepsze. Czy więc lepszym jest to, żebym się mylił, czy też, żebym
się nie mylił? Gdy rozważam to uważniej, to najpierw nasuwa mi się myśl, że nie powinienem
się dziwić, jeżeliby Bóg czynił coś, czego racji nie mógłbym zrozumieć; i że nie
powinienem wątpić o jego istnieniu z tego powodu, że może doświadczenie poucza
mnie o czym innym, co do czego nie pojmuję, dlaczego i w jaki sposób to uczynił.
Skoro już mianowicie wiem, że moja natura jest bardzo słaba i ograniczona, Boga
zaś natura niezmierzona, niezgłębiona i nieskończona, to wiem też na tej
podstawie dokładnie, że w jego mocy jest nieskończona ilość rzeczy, których
przyczyn nie znam. I już na podstawie tej jednej racji dochodzę do przekonania,
że cały ten rodzaj przyczyn, który się zwykle wyprowadza z celu nie ma żadnego
zastosowania w odniesieniu do przyrody (rebus physicis). Albowiem nie
sądzę, bym mógł śledzić cele Boga, nie popełniając przez to zuchwalstwa. Nasuwa mi się także myśl, że nie należy rozpatrywać każdego poszczególnego
stworzenia z osobna, ilekroć badamy, czy dzieła Boga są doskonałe, lecz cały
wszechświat; bo to, co wydawałoby się może nie bez słuszności bardzo
niedoskonałym, gdyby istniało samo w świecie, to jest bardzo doskonałe, jeżeli
posiada w wszechświecie rolę części. I chociaż od czasu, gdy postanowiłem wątpić
o wszystkim, z całą pewnością poznałem tylko to, że ja istnieję i że Bóg
istnieje, to jednak stwierdziwszy niezmierzoną moc Boga nie mogę zaprzeczyć, że
wiele innych rzeczy przez niego zostało stworzonych, albo przynajmniej mogło
zostać stworzonych, tak że ja w wszechświecie odgrywam rolę tylko części. Przechodząc następnie do bliższego przyjrzenia się sobie i badając, jakie to
są moje własne błędy (które już same dowodzą pewnej niedoskonałości mojej) -
znajduję, że zależą one od współdziałania dwóch przyczyn, a to od mojej
zdolności poznawania i zdolności wybierania (a facultate eligendi) czy
też wolności decyzji (ab arbitrii libertate), tzn. od rozumu i zarazem od
woli. Przy pomocy bowiem samego rozumu ujmuję tylko te idee, o których mogę
wydać sąd i tak też w rozumie tak właśnie pojętym nie może się znaleźć żaden
błąd w właściwym tego słowa znaczeniu. I choć może istnieje niezliczona ilość
rzeczy, których idei żadnych nie posiadam, to jednak nie można właściwie
powiedzieć, że zostałem ich pozbawiony, lecz tylko negatywnie, że ich nie mam.
Nie mogę mianowicie przytoczyć żadnej racji, by udowodnić, że Bóg powinien mi
był dać większą zdolność poznania niż mi dał. I chociaż go uważam za nie wiem
jak biegłego artystę, to jednak przeto nie sądzę, iż musiał koniecznie obdarzyć
każde poszczególne swoje dzieło wszystkimi tymi doskonałościami, które mógł dać
tylko niektórym. Nie mogę się też uskarżać, że otrzymałem od Boga wolę, czyli wolność decyzji
o niedostatecznym zasięgu i doskonałości, bo wiem z doświadczenia, że nie
posiada ona żadnych granic. I wydaje mi się rzeczą ze wszech miar godną uwagi,
że wszystko inne, co jest we mnie, nie jest ani tak wielkie, ani tak doskonałe,
bym nie mógł pomyśleć, że mogłoby być jeszcze większe czy doskonalsze. Bo gdy na
przykład rozważam zdolność pojmowania, natychmiast stwierdzam, że posiadam ją w
bardzo małym i ograniczonym stopniu, i równocześnie stwarzam sobie ideę jakiejś
innej zdolności znacznie większej, a nawet największej i nieskończonej. I na tej
właśnie podstawie, że mogę sobie urobić jej ideę, pojmuję (percipio), że
należy ona do natury Boga. W ten sam sposób rozważając pamięć czy wyobraźnię,
czy jakąkolwiek inną zdolność, nie znajduję żadnej, która by we mnie nie była
słaba i ograniczona, w Bogu zaś nieskończona. Jedynie tylko wolę, czyli wolność
decyzji stwierdzam u siebie w tak wielkim stopniu, że nie znajduję idei niczego
większego od niej; tak że ona jest przede wszystkim tą racją, dzięki. ktorej
poznaję, iż jestem w pewnej mierze na obraz i podobieństwo Boga stworzony.
Chociaż bowiem jest ona w Bogu bez porównania większa niż we mnie i to zarówno
pod względem poznania i mocy, które są z nią złączone i czynią ją samą
silniejszą i skuteczniejszą - jak też pod względem przedmiotu, ponieważ obejmuje
więcej rzeczy -, to jednak nie wydaje się większą, jeżeli ją rozpatrywać samą w
sobie w sposób formalny i dokładny. Polega ona bowiem tylko, na tym, że możemy
to samo uczynić albo nie uczynić (tzn. potwierdzać lub zaprzeczyć, pójść za
czymś albo unikać tego), a raczej na tym tylko, że potwierdzając lub
zaprzeczając temu, co nam rozum przedkłada, względnie idąc za tym lub unikając
lego, w ten sposób się odnosimy, że czujemy przy tym, iż żadna siła zewnętrzna
nas do tego nie zmusza. Nie trzeba bowiem na to, bym był wolnym, żebym mógł się
przechylić ku jednej lub drugiej stronie; lecz przeciwnie, im bardziej przechylę
się ku jednej, czy to dlatego, że tu widzę jasno racje dobra i prawdy, czy też
że Bóg tak kieruje najgłębszą treścią mojej myśli, tym bardziej wolny jest mój
wybór. Z pewnością też ani łaska Boska, ani poznanie przyrodzone, nigdy nie
umniejsza wolności, lecz przeciwnie raczej pomnaża i wzmacnia. To
niezdecydowanie zaś, którego doświadczam, gdy żadna racja nie skłania mnie ku
tej raczej stronie niż ku drugiej, jest najniższym stopniem wolności i dowodzi
tylko jakiegoś braku, czy też negacji w poznaniu, a nie żadnej doskonałości. Bo
gdybym zawsze jasno widział, co jest prawdziwe i dobre, to nigdy bym się nie
namyślał nad tym, jaki ma być mój sąd czy wybór i tak byłbym wprawdzie zupełnie
wolny, ale nigdy nie mógłbym być niezdecydowany. Na podstawie tego [wszystkiego] pojmuję (percipio), ze zdolność
chcenia, którą mam od Boga, rozważana sama w sobie, też nie jest przyczyną moich
błędów; jest bowiem w najwyższym stopniu rozległa i w swoim rodzaju doskonała.
Ale nie jest nią też zdolność pojmowania, albowiem wszystko cokolwiek pojmuję,
pojmuję bez wątpienia trafnie, skoro to - że pojmuję - mam dane od Boga i tu nie
może się zdarzyć, bym błądził. Skądże więc biorą się moje błędy? Otóż tylko
stąd, że woli, mającej szerszy zasięg niż rozum, nie utrzymuję w tych samych
granicach, lecz rozciągam ją także na te sprawy, których nie pojmuję. A będąc co
do nich niezdecydowana łatwo zbacza z drogi prawdy i dobra; i w taki to sposób
powstają moje błędy i grzechy. Gdy na przykład rozważałem w tych dniach, czy cośkolwiek istnieje na świecie
i spostrzegłem, że z samego właśnie tego rozważania oczywiście wynika, że ja
istnieję, nie mogłem się powstrzymać od wydania sądu, że to, co tak jasno
pojmowałem, jest prawdą; nie dlatego, żeby mnie do tego zmusiła jakaś siła
zewnętrzna, lecz dlatego, że wielka jasność pojmowania wywołała wielką skłonność
mojej woli i tym bardziej dobrowolnie i swobodnie w to uwierzyłem, im mniej
byłem w stosunku do tego niezdecydowany. Teraz zaś nie tylko wiem, że istnieję,
o ile jestem jakąś rzeczą myślącą, ale ponadto narzuca mi się także pewna idea
natury cielesnej i zdarza się, że mam wątpliwości, czy natura myśląca, która
jest we mnie, czy raczej, która jest mną samym, jest inną od natury cielesnej,
czy może obie są tym samym. Zakładam, że nie nasuwa mi się dotąd jeszcze żadna
racja, która by mnie przekonała o jednym raczej niż o drugim; z pewnością tylko
dlatego jestem niezdecydowany, czy mam którąś z tych ewentualności potwierdzić
albo zaprzeczyć, czy też w ogóle nie wydawać o tym żadnego sądu. Ponadto to niezdecydowanie obejmuje nie tylko to, czego rozum wcale nie
poznaje, lecz w ogóle wszystko to, co rozum nie dosyć wyraźnie poznaje wtedy
właśnie, kiedy wola to rozważa. Jakkolwiek bowiem prawdopodobne domysły
skłaniają mnie ku jednej stronie, to już samo poznanie, że to są tylko domysły,
a nie pewne i nie budzące wątpliwości racje, wystarczy, by zgodę moją skierować
ku stronie przeciwnej. O tym dostatecznie przekonałem się w tych dniach, kiedy
to przyjąłem za zupełnie fałszywe wszystko to, co przedtem uważałem za
najbardziej prawdziwe i to z tego jedynego tylko powodu, iż zauważyłem, że można
o tym w pewien sposób wątpić. Skoro więc powstrzymuję się od wydania sądu, gdy nie ujmuję (percipio)
dosyć jasno i wyraźnie, co jest prawdą, jest rzeczą jasną, że postępuję słusznie
i nie błądzę; lecz gdy twierdze lub przeczę, wtedy nie używam w sposób należyty
wolności decyzji. Jeżeli zwrócę się w stronę tego, co jest fałszywe, to
oczywiście błądzę; jeżeli zaś w stronę przeciwną, to wprawdzie przypadkowo
utrafię w prawdę, ale tym samym nie będę wolny od winy, ponieważ na mocy światła
przyrodzonego jest oczywiste, że ujmowanie rozumem (perceptionem) powinno
zawsze wyprzedzać decyzję woli. I w tym właśnie niewłaściwym używaniu wolności
decyzji zawiera się ów brak, który stanowi istotę (formam) błędu. Brak -
powiadam - tkwi w samej czynności, o ile ona ode mnie pochodzi, a nie w
zdolności, którą otrzymałem od Boga, a także nie w czynności, o ile ona jest od
Niego zależna. Albowiem nie mam żadnego powodu, by się skarżyć, że Bóg nie dał
mi większej zdolności pojmowania czy też doskonalszego światła przyrodzonego,
niż mi dał, bo to należy do natury rozumu skończonego, że wielu rzeczy nie
pojmuję, a do natury rozumu stworzonego, że jest skończony; lecz przeciwnie
powinienem Mu dziękować za wszystko, czym mnie obdarzył, nie będąc mi nigdy nic
winien; nie sądzić zaś, że mnie pozbawił tego, albo mi odebrał to, czego mi nie
dał. Nie mam także powodu skarżyć się, że dał mi wolę o większym zasięgu niż
rozum; skoro bowiem wola polega na jednej tylko rzeczy, więc jak gdyby na czymś
niepodzielnym, to widocznie jej natura nie znosi, by cokolwiek można było od
niej ująć. I zaiste im większy jest jej zasięg, tym większe dzięki należą się
temu, który mi ją dał. A wreszcie nie mam też powodu skarżyć się, że Bóg współdziała ze mną w
wywoływaniu owych aktów woli, czy też owych sądów, w których popełniam błędy:
albowiem owe akty są w zupełności prawdziwe i dobre, o ile zależą od Boga, i to,
że mogę je wzbudzać w sobie, jest pewnego rodzaju większą doskonałością, niż
gdybym nie mógł. Brak zaś, na którym jedynie polega formalna przyczyna błędu i
winy, nie wymaga żadnego współdziałania Boga, ponieważ nie jest rzeczą pozytywną
i nie powinno się go nazywać, jeżeli się go odnosi do Boga jako przyczyny,
pozbawieniem (privatio), lecz tylko negacją. Bo w rzeczywistości nie jest
to żadną niedoskonałością Boga, że dał mi wolność uznania za prawdę lub
nieuznania pewnych rzeczy, których jasnego i wyraźnego ujęcia nie dał memu
rozumowi, lecz bez wątpienia jest to moją niedoskonałością, że nie robię dobrego
użytku z owej wolności i wydaję sąd o rzeczach, które nienależycie pojmuję.
Widzę jednak, że Bóg z łatwością mógł to sprawić, bym nigdy nie popełniał
błędów, chociażbym pozostał wolny i posiadał skończone poznanie. Sprawiłby to
mianowicie, gdyby dał rozumowi mojemu jasne i wyraźne ujmowanie wszystkiego, co
bym kiedykolwiek w przyszłości miał rozważać, albo też, gdyby mi tak głęboko
wrył w pamięć, że nie należy nigdy wydawać sądu o rzeczach, których nie pojmuję
jasno i wyraźnie, że niemożliwe byłoby kiedykolwiek zapomnieć o tym. Z łatwością
też pojmuję, że rozważając siebie jako całość, mógłbym być doskonalszy niż teraz
jestem, gdyby mnie takim Bóg stworzył. Niemniej jednak nie mogę zaprzeczyć, że
większa doskonałość panowałaby jakoś we wszechświecie, gdyby pewne jego części
były wolne od błędów, a inne nie, niż gdyby wszystkie były zupełnie podobne; nie
mam też prawa się skarżyć, że Bóg chciał mnie mieć na świecie, jako kogoś (personom),
kto nie jest ani najgłówniejszy ani najdoskonalszy ze wszystkich. A poza tym, chociaż nie mogę powstrzymać się od popełniania błędów w ów
pierwszy sposób, polegający na oczywistym ujmowaniu tego wszystkiego, co się ma
rozważać, to jednak mogę ich unikać w ten drugi sposób, polegający na utrwaleniu
w pamięci tego tylko, że należy się powstrzymać od wydawania sądu, ilekroć
prawdziwość jakiejś rzeczy nie jest jasna. Bo chociaż zdaję sobie sprawę z tej
mojej słabości, że nie mógłbym zawsze tkwić niezmiennie przy jednej i tej samej
myśli, mogę jednak osiągnąć przez uważne i często ponawiane rozważanie, abym
zawsze o niej pamiętał, ilekroć zajdzie potrzeba i w ten sposób nabył pewnego
przyzwyczajenia niepopełniania błędów. Skoro więc na tym polega największa i najgłówniejsza doskonałość człowieka,
to - jak sądzę - nie mały zysk osiągnąłem dzięki dzisiejszej medytacji,
odkrywszy przyczynę błędu i fałszu; i zaiste nie może istnieć żadna inna
przyczyna niż ta, którą wyłożyłem. Bo ile razy wydając sąd trzymam na wodzy wolę
tak, by tylko to obejmowała, co jej jasno i wyraźnie rozum przedstawia, to nie
może się zdarzyć, bym błądził. Ponieważ każde jasne i wyraźne ujęcie jest bez
wątpienia czymś (rzeczywistym i pozytywnym), a zatem nie może powstać z niczego,
lecz Bóg musi być jego twórcą, ów Bóg najdoskonalszy - powiadam - którego istota
wyklucza, by był zwodzicielem; dlatego każde jasne i wyraźne pojęcie jest
niewątpliwie prawdziwe. Dzisiaj nauczyłem się też nie tylko tego, czego się mam
wystrzegać, by nigdy nie popełnić błędu, ale także tego, co należy czynić, by
dotrzeć do prawdy. Osiągnę ją bowiem z pewnością, jeżeli tylko zwrócę baczną
uwagę na wszystko, co doskonale pojmuję i oddzielę to od innych pojęć, które
chwytam w sposób bardziej mętny i niejasny. O to też będę się w przyszłości jak
najusilniej starał. MEDYTACJA V Wiele mi jeszcze pozostało do zbadania w sprawie przymiotów (attributa)
Boga, wiele w sprawie natury mnie samego względnie mojego ducha (mens),
lecz tym zajmę się może znów kiedy indziej. Teraz najpilniejszą rzeczą wydaje mi
się (skoro już wiem, czego należy się wystrzegać i co czynić, by osiągnąć
prawdę), abym spróbował wybrnąć z tych wątpliwości, w które pogrążyłem się w
ostatnich dniach i abym zobaczył, czy można mieć jakąś pewność co do rzeczy
materialnych. Jednakże zanim przysitąpię do zbadania, czy jakieś takie rzeczy istnieją poza
mną, musze rozważyć ich idee, o ile są w mojej świadomości i przyjrzeć się,
które z nich są wyraźne, a które nie. Otóż wyraźnie wyobrażam sobie wielkość, którą filozofowie zwykle nazywają
wielkością ciągłą, czyli rozciągłość na długość, szerokość i głębokość tej
wielkości a raczej rzeczy tak a tak wielkiej. Wyliczam w niej rozmaite części i
tym częściom przypisuję dowolne wielkości, kształty, położenie i ruchy -, a tym
ruchom dowolny czas trwania. Wszystkie te rzeczy są mi znane i przejrzyste, nie tylko, gdy je tak ogólnie
rozważam, lecz oprócz tego wytężywszy uwagę ujmuję niezliczoną ilość szczegółów,
dotyczących kształtów, liczby, ruchu i tym podobnych, których prawdziwość jest
tak jawna i tak zgodna z moją naturą, że skoro tylko zaczynam je odkrywać, to
nie tyle mi się zdaje jakbym się czegoś nowego nauczył, ile raczej jakbym sobie
przypominał coś, o czym już wcześniej wiedziałem. Innymi słowy wydaje mi się, że
po raz pierwszy zwróciłem uwagę na to, co od dawna we mnie było, chociaż nie
zwracałem przedtem na to spojrzenia umysłu. I tutaj - jak sądzę - najbardziej godne zastanowienia jest to, że znajduję w
sobie niezliczoną ilość idei pewnych rzeczy, o których nie można powiedzieć, że
są niczym, chociaż może nie istnieją nigdzie poza mną. A chociaż myślę w jakiś
sposób o nich zależnie od mej woli, to jednak nie są przeze mnie wymyślone, lecz
mają swoje prawdziwe i niezmienne natury. Gdy na przykład wyobrażam sobie
trójkąt, to choć może taka figura nigdzie na świecie nie istnieje poza moją
świadomością, ani nigdy nie istniała, posiada jednak bez wątpienia jakąś
określoną naturę, czyli istotę, czyli formę niezmienną i wieczną, która ani nie
została przeze mnie wymyślona, ani nie jest od mego umysłu zależna. Wynika to z
tego, że można udowodnić różne własności owego trójkąta, jak np. że jego trzy
kąty są równe dwom prostym, że naprzeciw największego jego kąta leży najdłuższy
bok i tym podobne, które to własności teraz jasno poznaję, czy chcę, czy nie
chcę, chociaż nigdy przedtem w żaden sposób nie myślałem o nich, gdy sobie
wyobrażałem trójkąt. Wobec tego nie zostały one przeze mnie wymyślone. A także nie zmienia to postaci rzeczy, jeśli powiadam, że owa idea trójkąta
przyszła może do mnie od rzeczy zewnętrznych za pośrednictwem narządów
zmysłowych, ponieważ niejednokrotnie widziałem ciała o kształcie trójkątnym.
Mogę bowiem przecie wymyślić niezliczoną ilość innych figur, co do których nie
może istnieć żadne podejrzenie, że zostały mi kiedykolwiek dane przy pomocy
zmysłów, a mimo to wykazać rozmaite ich własności, tak samo jak przy trójkącie.
Wszystkie one z pewnością są prawdziwe, ponieważ jasno je poznaję i przez to
samo są czymś, a nie czystym niczym. Jest bowiem oczywiste, że wszystko to, co
jest prawdą, jest czymś. Już też obszernie wykazałem, że wszystko to jest
prawdziwe, co jasno poznaję; a choćbym nawet tego nie wykazał, to z pewnością
taka jest natura mego umysłu, że i tak nie mógłbym się na to nie zgodzić
przynajmniej dopóty, dopóki to jasno ujmuję. Przypominam też sobie, że zawsze,
nawet jeszcze przedtem, kiedy tak bardzo głęboko tkwiłem w przedmiotach
zmysłowych, za najpewniejsze ze wszystkich uważałem te prawdy, które w sposób
oczywisty poznawałem o figurach lub o liczbach, albo inne należące do arytmetyki
lub geometrii, czy w ogóle odnoszące się do czystej i abstrakcyjnej matematyki. A teraz, jeżeli z tego jedynie, że mogę ideę jakiejś rzeczy wyprowadzić z mej
świadomości wynika, iż wszystko, co ujmuję jasno i wyraźnie jako należące do
owej rzeczy, rzeczywiście do niej należy, to czyż nie można stąd zaczerpnąć
dowodu wykazującego istnienie Boga? Z pewnością tak samo znajduję w sobie idee
Jego, to jest istoty najdoskonalszej, jak ideę jakiejkolwiek figury czy liczby;
i tak samo jak i wyraźnie pojmuję, że do Jego natury należy wieczne i aktualne
istnienie, jak pojmuję, że do natury figury czy liczby należy to, czego dowodzę
o tej figurze czy liczbie. A więc, choćby nie wszystko było prawdziwe, co w tych
ostatnich dniach rozważałem, to istnienie Boga powinno mieć dla minie co
najmniej ten sam stopień pewności, jaki dotychczas posiadały prawdy
matematyczne. Co prawda na pierwszy rzut oka nie jest to tak całkiem widoczne,
lecz ma pewien pozór sofizmatu. Przywykłszy bowiem we wszystkich innych rzeczach
rozróżniać istnienie (existentia) od istoty (essentia), łatwo
siebie przekonywam, że można je też oddzielić od istoty Boga i w ten sposób
można pojmować Boga, jako nie istniejącego aktualnie. Lecz skoro uważniej się
zastanowię, to staje się oczywistym, że tak samo nie można oddzielić istnienia
od istoty Boga, jak nie można od istoty trójkąta oddzielić tego, że wielkość
trzech jego kątów równa się dwóm prostym, albo od idei góry ideę doliny. Tak
samo więc nie można pomyśleć sobie Boga (tj. istoty najdoskonalszej), której
brak istnienia, (a więc, której brak jakiejś doskonałości) - jak pomyśleć górę
bez doliny. Chociaż jednak nie mógłbym sobie przedstawić nie istniejącego Boga,
tak jak nie mógłbym sobie przedstawić góry bez doliny, to z pewnością ani z
tego, że sobie przedstawiam górę z doliną nie wynika, że jakaś góra istnieje na
świecie, ani też z tego, że Boga przedstawiam sobie jako istniejącego, nie
wynika - jak mi się wydaje -że Bóg istnieje: bo moja myśl nie narzuca rzeczom
żadnej konieczności. I tak jak sobie mogę wyobrazić skrzydlatego konia, chociaż
żaden koń nie ma skrzydeł, tak może mogę Bogu dodać zmyślone istnienie, chociaż
żaden Bóg nie istnieje. Otóż nie. Tu właśnie kryje się sofizmat; bo z tego, że
nie mogę pomyśleć góry bez doliny, nie wynika, że gdzieś góra i dolina istnieją,
tylko że góra i dolina są nierozdzielne, bez względu na to, czy istnieją czy nie
istnieją. Z tego zaś, że Boga nie mogę sobie pomyśleć inaczej, jak tylko jako
istniejącego, wynika, że istnienie jest nieodłączne od Boga, a zatem, że On
rzeczywiście istnieje, - nie dlatego jakoby moja myśl mogła to sprawić, albo
jakiejkolwiek rzeczy narzucić jakąś konieczność, lecz przeciwnie - ponieważ
konieczność samej rzeczy, tj. konieczność istnienia Boga skłania mnie, bym tak
myślał. Nie jestem bowiem w możności przedstawić sobie Boga bez istnienia (tj.
istotę najdoskonalszą bez pełnej doskonałości) - tak jak mogę sobie wyobrazić
konia ze skrzydłami lub bez skrzydeł. Nie można tu także powiedzieć, że koniecznie muszę przyjąć, iż Bóg istnieje,
skoro przyjąłem, że posiada On wszelkie doskonałości, gdyż istnienie jest jedną
z nich, lecz że pierwsze założenie nie było konieczne. Podobnie nie jest
konieczne, bym sądził, że wszelkie figury czworoboczne można wpisać w koło. Ale
przyjąwszy, że tak sądzę, musiałbym koniecznie przyznać, że romb można wpisać w
koło, co jest oczywiście fałszem. Bo chociaż nie jest konieczne, by mi się
nasunęła kiedykolwiek jakaś myśl o Bogu, to jednak ilekroć zechcę myśleć o
istocie pierwszej i najdoskonalszej i wydobyć jej ideę jak gdyby ze skarbca
mojego umysłu, trzeba koniecznie, bym jej przypisał wszystkie doskonałości,
choćbym nie wszystkie wtedy wyliczał i nie zajmował się poszczególnymi. I ta
konieczność zupełnie wystarcza, bym później, - zauważywszy, że istnienie jest
doskonałością - doszedł do słusznego wniosku, ze ta istota pierwsza i
najdoskonalsza istnieje. Tak samo nie jest konieczne, bym sobie kiedykolwiek
wyobrażał jakiś trójkąt, lecz ilekroć chcę rozważać figurę o prostych
liniach, mającą tylko trzy kąty, muszę jej przyznać te własności, z ktorych
słusznie można wywnioskować, że jego trzy kąty nie są większe od dwóch prostych,
chociażbym na to teraz nie zwrócił uwagi. Kiedy zaś badam, które figury można
wpisać w koło, to nie potrzeba zupełnie, bym sądził, że wszystkie czworoboczne
do nich należą; przeciwnie, nie mogę czegoś takiego nawet wymyślić dopóki nie
chcę uznać niczego, czego jasno i wyraźnie nie pojmuję; jest zatem wielka
różnica pomiędzy tego rodzaju fałszywymi założeniami, a prawdziwymi ideami,
które mi są wrodzone, a z których pierwszą i główną jest idea Boga. Albowiem
rzeczywiście na różne sposoby przekonuję się, że owa idea nie jest jakimś
wymysłem zależnym od mojej świadomości, lecz obrazem prawdziwej i niezmiennej
natury. Mianowicie po pierwsze: ponieważ nie mogę wymyślić żadnej innej rzeczy,
do której istoty należy istnienie, oprócz Boga jedynie. Po wtóre: ponieważ nie
mogę sobie przedstawić dwóch, albo więcej Bogów tego rodzaju; a przyjąwszy, że
jeden już istnieje, jasno widzę, że musiał koniecznie istnieć przedtem od
wieków, i że na wieki istnieć będzie. A w końcu dlatego, że poznaję (percipio)
w Bogu wiele innych rzeczy, od których nie mogę niczego ująć, ani niczego w nich
zmienić. Lecz zaprawdę, jakiegokolwiek w końcu sposobu dowodzenia użyję, zawsze
wychodzi na to, że tylko to może mnie całkowicie przekonać, co jasno i wyraźnie
ujmuję. I choć niejedno z tego, co tak ujmuję, jest dla każdego oczywiste, inne
zaś rzeczy mogą odkryć tylko ci, którzy bliżej im się przyjrzą i dokładniej
zbadają, to jednak skoro już są odkryte, uważa się je za niemniej pewne od
tamtych. Chociaż na przykład nie jest tak łatwo widoczne, że w trójkącie
prostokątnym kwadrat podstawy jest równy sumie kwadratów obu boków, jak
oczywiste jest, że owa podstawa leży naprzeciw największego kąta, to jednak,
sioro raz się o tym przekonamy, wierzymy jednakowo w prawdziwość jednego jak i
drugiego. Co się zaś tyczy Boga, to na pewno niczego bym pierwej ani łatwiej nie
poznał niż Jego, gdyby mój umysł nie był przyćmiony przez przesądy, a myśl moja
nie była uporczywie zajęta obrazami rzeczy zmysłowych. Bo cóż jest samo przez
się bardziej jawne jak to, że istnieje byt najwyższy, czyli że istnieje Bóg,
który sam jeden tylko posiada istotę związaną nierozłącznie z istnieniem. I
chociaż trzeba było wytężonej uwagi, aby to pojąć, to jednak teraz jestem co do
tego nie tylko równie pewny, jak co do wszystkich innych rzeczy, które mi się
wydają najpewniejsze, lecz ponadto spostrzegam także, że pewność wszystkich
innych rzeczy jest tak właśnie od tej sprawy zależna, że bez niej nigdy nie
można by niczego wiedzieć w sposób doskonały. Chociaż to bowiem leży w mojej naturze, że nie mogę nie wierzyć, iż coś jest
prawdziwe, dopóki to ujmuję bardzo jasno i wyraźnie, to jednak leży także w
mojej naturze, że nie mogę stale utrzymać spojrzenia mego umysłu na jednej i tej
samej rzeczy, by ją jasno ujmować i często wraca pamięć sądu dawniej wydanego.
Więc gdy już więcej nie zwracam uwagi na racje, dla których rzecz tak osądziłem,
mogą się nasunąć inne racje, które by mnie łatwo mogły odwieść od przyjętego
poglądu, gdybym nie wiedział, że Bóg istnieje. W ten sposób nigdy bym nie
posiadał o żadnej rzeczy prawdziwej i pewnej wiedzy, lecz tylko chwiejne i
zmienne poglądy. Tak na przykład, gdy rozważam naturę trójkąta, najoczywiściej
okazuje mi się jako obeznanemu z zasadami geometrii, że jego trzy kąty równają
się dwom prostym; i nie mogę nie wierzyć, że to jest prawdą, dopóki zwracam
uwagę na dowód tego twierdzenia. Lecz skoro tylko odwrócę od niego uwagę, to
chociaż jeszcze pamiętam, że zupełnie jasno to przejrzałem, może się łatwo
zdarzyć, iż zacznę wątpić o prawdziwości tego twierdzenia, jeżeli bym zaiste nie
znał Boga. Bo mogę sobie tłumaczyć, że takim mnie już natura stworzyła, iż
niekiedy błądzę w tym, co według mego zdania jak najoczywiściej ujmuję,
pamiętając zwłaszcza, że często wiele rzeczy uważałem za prawdziwe i pewne,
które później na podstawie innych racji osądziłem jako fałszywe. Skoro jednak poznałem (percepi), że Bóg istnieje i ponieważ zarazem
zrozumiałem, że wszystko inne od Niego zależy, oraz że On nie jest zwodzicielem,
a stąd wysnułem wniosek, że wszystko to, co ujmuję jasno i wyraźnie, musi być
koniecznie prawdziwe, w takim razie, chociażbym nie zwracał więcej uwagi na
racje, na których podstawie coś za prawdę uznałem, lecz tylko pamiętał, że
przejrzałem to jasno i wyraźnie, to nie można by przytoczyć żadnej racji
przeciwnej, która by mnie wpędziła w wątpliwość, lecz posiadałbym o tym
prawdziwą i pewną wiedzę. I nie tylko o tym, lecz także o wszystkich innych
twierdzeniach, o których pamiętam, że ich kiedyś dowiodłem, jak np. o
twierdzeniach geometrycznych i podobnych. Bo cóż można mi teraz zarzucić? Że
takim zostałem stworzony, iż często popadam w błędy? Przecież już wiem, że nie
mogę błądzić w tym, co wyraźnie (perspicue) rozumiem. Czy może, iż kiedy
indziej uważałem za prawdziwe i pewne to, o czym później stwierdziłem, że jest
fałszywe? Ależ ja niczego z tych rzeczy nie ujmowałem jasno i wyraźnie, lecz nie
znając tej reguły prawdy wierzyłem w nie może na innej podstawie, która - jak
później odkryłem - była mniej pewna. Cóż więc można powiedzieć? Czy nie to (co
sam sobie niedawno zarzucałem), że ja może śnię, lub że wszystko to, co teraz
myślę, nie jest bardziej prawdziwe, niż to, co się pojawia we śnie? Ale to
niczego nie zmienia, bo z pewnością, chociażbym nawet śnił, wszystko, co jest
oczywiste dla mego rozumu, jest całkowicie prawdziwe. Tak więc widzę jasno, że pewność i prawdziwość wszelkiej wiedzy zależy
jedynie od poznania prawdziwego Boga, tak dalece, że nie mogłem o żadnej innej
rzeczy posiadać doskonałej wiedzy, zanim nie poznałem Jego. Teraz zaś mogę
zdobyć dokładną znajomość i pewność niezliczonych prawd, zarówno o samym Bogu i
o innych rzeczach rozumowi tylko dostępnych (res intellectuales), jak
także o całej tej naturze cielesnej, która jest przedmiotem czystej matematyki. MEDYTACJA VI Pozostało mi jeszcze do zbadania, czy istnieją rzeczy materialne. Otóż wiem
już przynajmniej to, że mogą one istnieć, o ile są przedmiotem czystej
matematyki, ponieważ je jasno i wyraźnie ujmuję. Bez wątpienia bowiem jest w
mocy Boga urzeczywistnić to wszystko, co ja jestem zdolny w ten sposób ująć. I
tylko wówczas sądziłem, że On czegoś nie może uczynić, jeżeli się to
sprzeciwiało mojemu jasnemu ujmowaniu. Poza tym wydaje się, że istnienie owych
rzeczy materialnych wynika ze zdolności wyobrażania, którą, jak tego
doświadczam, posługuję się ilekroć zajmuję się nimi. Gdy się bowiem uważniej
rozważa, co to jest zdolność wyobrażania, okazuje się, że jest to tylko pewne
zastosowanie zdolności poznawczej do ciała, które się jej bezpośrednio uobecnia,
a wobec tego istnieje. Aby się to stało zupełnie jasnym, zbadam najpierw różnicę, jaka istnieje
między wyobrażaniem a czystym pojmowaniem (intellectio). Gdy sobie
mianowicie wyobrażam np. trójkąt, to nie tylko pojmuję, że jest to figura
ograniczona trzema liniami, lecz także widzę wzrokiem duszy (mens) te
trzy linie jak gdyby obecne i to właśnie nazywam "wyobrażać sobie". Kiedy jednak
chcę myśleć o tysiącoboku, to wprawdzie pojmuję równie dobrze, że jest to figura
zbudowana z tysiąca boków, jak pojmuję, że trójkąt jest figurą zbudowaną z
trzech boków, lecz nie mogę w ten sam sposób owego tysiąca boków sobie
wyobrazić, czyli widzieć ich jakby obecnych. I chociaż wtedy, wskutek
przyzwyczajenia, by zawsze sobie coś wyobrażać ilekroć myślę o rzeczach
cielesnych, przedstawiam sobie może niejasno jakąś figurę, to oczywiście nie
jest ona tysiącobokiem, ponieważ w niczym się nie różni od tej figury, którą bym
sobie przedstawiał, gdybym myślał o dziesięciotysiącoboku, czy o jakiejś innej
figurze o bardzo wielkiej ilości boków; i w niczym się ona nie przyczynia do
rozpoznania tych właściwości, którymi się różni tysiącobok od innych wieloboków.
Skoro jednak chodzi o pięciobok, to mogę wprawdzie pojąć jego figurę tak jak
figurę tysiącoboku bez pomocy wyobraźni, lecz mogę także wyobrazić ją sobie,
zwracając mianowicie spojrzenie mego umysłu na jej pięć boków i zarazem na
płaszczyznę nimi zamkniętą. I tu wyraźnie spostrzegam, że dla wyobrażenia sobie
czegoś potrzeba szczególnego wysiłku ducha (animus), którego nie
potrzebuję przy pojmowaniu czegoś; i ten nowy wysiłek ducha jasno pokazuje
różnicę między wyobrażaniem a czystym pojmowaniem. Ponadto spostrzegam, że owa zdolność wyobrażania tkwiąca we mnie, o ile różni
się od zdolności pojmowania, nie jest wcale potrzebna dla istoty mnie samego,
tj. mego umysłu; bo choćbym jej nie posiadał, bez wątpienia pozostałbym zupełnie
ten sam, co teraz jestem. Z tego wynika - jak się zdaje - że jest ona zależna od
jakiejś rzeczy różnej ode mnie. Łatwo to pojmuję, że jeżeli istnieje jakieś
ciało, z którym umysł jest tak związany, iż może się dowoli zwracać ku niemu, by
je jak gdyby oglądać, to jest możliwe, że przez to samo wyobrażam sobie rzeczy
cielesne. Tak, że ten sposób myślenia w tym tylko się różni od czystego
pojmowania, że umysł przy czystym pojmowaniu zwraca się jak gdyby do siebie
samego i rozważa którąś z idei, będących w nim samym; przy wyobrażaniu zaś
zwraca się ku ciału i w nim ogląda coś zgodnego z ideą przez siebie pomyślaną
lub zmysłowo uchwyconą. Łatwo - powiadam - pojmuję, że tak może powstać
wyobrażenie, o ile istnieje ciało; a ponieważ nie nasuwa mi się żaden inny
równie odpowiedni sposób wyjaśnienia, jak to wyobrażenie powstaje, wnoszę z tego
z pewnym prawdopodobieństwem, że ciało istnieje. Lecz tylko z pewnym
prawdopodobieństwem, i chociaż wszystko badam dokładnie, to nie widzę jednak
jeszcze, by w tej wyraźnej idei natury cielesnej, którą znajduję w mojej
wyobraźni można się było dopatrzyć jakiegokolwiek argumentu, z którego by
koniecznie wynikało, że jakieś ciało istnieje. Otóż oprócz owej natury cielesnej, która jest przedmiotem czystej matematyki,
zwykłem sobie wyobrażać wiele innych rzeczy, jak np. barwy, dźwięki, smaki, ból
i tym podobne, chociaż żadnej z nich równie wyraźnie. A ponieważ ujmuję je
lepiej zmysłami, od których za sprawą pamięci przeszły - jak się zdaje - do
wyobraźni, muszę, abym swobodniej mógł je rozpatrzyć, rozważyć również tak samo
wrażenia zmysłowe i popatrzyć, czy z tego, co się ujmuje owym sposobem
przeżywania świadomego (cogitandi), zwanym przeze mnie odczuwaniem
zmysłowym, nie mógłbym ukuć jakiegoś niezbitego argumentu dla istnienia rzeczy
cielesnych. Przede wszystkim przejdę raz jeszcze w myśli, jakie to są rzeczy, które
dawniej, jako ujmowane przez zmysły, uważałem za prawdziwe i z jakiego powodu
uważałem je za takie; następnie rozważę przyczyny, dla których później zacząłem
o nich wątpić; a w końcu zastanowię się, co mam o nich obecnie sądzić. Najpierw więc spostrzegłem, że mam głowę, ręce, nogi i inne członki, z
których składa się to ciało, które uważałem jakby za część siebie samego, a może
także jakby za siebie całego. Spostrzegłem też, że owo ciało znajduje się między
licznymi innymi ciałami, które nań mogą oddziaływać w sposób korzystny lub
niekorzystny i te korzystne działania oceniałem za pomocą pewnego wrażenia
rozkoszy, niekorzystne zaś za pomocą wrażenia bólu. Oprócz bólu i rozkoszy
odczuwałem też głód, pragnienie i inne pożądania tego rodzaju, a także pewne
skłonności cielesne do wesołości, do smutku, do gniewu i tym podobnych
namiętności (affectus). Na zewnątrz zaś uświadamiałem sobie oprócz
rozciągłości ciał, ich kształtu i ruchu, także ich twardość, ciepło i inne
właściwości dotykowe -, a dalej światło, barwy, zapachy, smaki i dźwięki,
których różnorodność pozwalała mi odróżnić od siebie niebo, ziemię, morza i
wszystkie inne ciała. I rzeczywiście nie bez racji sadziłem na podstawie idei
wszystkich tych właściwości, które się narzucały mej świadomości (cogitatio)
i które jedynie odczuwałem właściwie i bezpośrednio, że odczuwam pewne rzeczy
zupełnie różne od mojej świadomości, a mianowicie ciała, od których owe idee
pochodzą. Przekonałem się bowiem, że owe idee pojawiają się zupełnie bez mojej
zgody, tak, że ani nie mogłem, choćbym chciał, spostrzegać zmysłowo przedmiotu,
jeśli nie był obecny organom zmysłowym, ani nie mogłem nie spostrzegać, gdy był
obecny. I ponieważ nadto idee ujęte przez zmysły były o wiele żywsze i
dobitniejsze i w swoim rodzaju znacznie bardziej wyraźne od którejkolwiek z tych
idei, które sam sobie tworzyłem w myślach z pełną świadomością, lub które
znajdowałem jakby wyryte w mojej pamięci, przeto wydawało mi się niemożliwym, by
pochodziły ode mnie samego. Wobec czego mogły pochodzić tylko od jakichś innych
rzeczy. A ponieważ nie posiadałem znajomości tych rzeczy znikądinąd jak tylko z
tych właśnie samych idei, musiało mi przyjść na myśl, że są one do nich podobne.
Że zaś ponadto przypominałem sobie, iż wcześniej posługiwałem się zmysłami niż
rozumem, i widziałem, że idee tworzone przeze mnie nie były tak wyraziste jak
owe ujmowane przez zmysły, a bardzo często były złożone z ich części, z
łatwością mogłem się utwierdzać w przekonaniu, że w ogóle żadnej idei nie miałem
w moim umyśle (in intellectu), której bym przedtem nie miał danej przez
zmysły (in sensu). A także nie bez racji sądziłem, że to ciało, które z
jakimś szczególnym uprawnieniem nazywałem swoim, bardziej należy do mnie, niż
jakiekolwiek inne. Nie mogłem bowiem nigdy oddzielić się od niego tak jak od
innych ciał; wszystkie pożądania i namiętności odczuwałem w nim i za nie. A
wreszcie w jego częściach odczuwałem ból i dreszcz rozkoszy, a nie w innych poza
nim się znajdujących. Dlaczego jednak po tym nie znanym mi bliżej wrażeniu bólu następuje pewien
smutek ducha (animi), a po wrażeniu rozkoszy pewna radość i dlaczego owo
nie dające się opisać szczypanie żołądka, które nazywam głodem, upomina mnie, że
należy przyjąć posiłek, a suchość gardła, że należy się napić i tak dalej - na
to zaiste nie mam innego wytłumaczenia jak tylko to, że natura mnie tak
nauczyła. Nie ma bowiem żadnego podobieństwa (przynajmniej o ile ja to rozumiem)
pomiędzy owym szczypaniem żołądka a chęcią jedzenia, czy też między odczuciem
rzeczy sprawiającej ból i świadomością smutku, wywołanego tym odczuciem. Ale
wydawało mi się, że natura nauczyła mnie też wszystkiego innego, co sądziłem o
przedmiotach zmysłów, wcześniej bowiem przekonałem się o tym stanie rzeczy zanim
rozważyłem jakiekolwiek racje, przy pomocy których można by tego właśnie
dowieść. Później zaś liczne doświadczenia obaliły stopniowo całe moje zaufanie do
zmysłów, ponieważ niekiedy wieże, które z daleka widziałem jako okrągłe, z
bliska okazywały się kwadratowe i olbrzymie posągi stojące na ich szczycie
wydawały mi się małymi, gdy patrzyłem na nie z ziemi. W niezliczonej też ilości
takich wypadków przekonałem się, że sądy oparte na zmysłach zewnętrznych są
błędne; ale nie tylko oparte na zmysłach zewnętrznych, lecz także wewnętrznych;
bo cóż może być bardziej wewnętrzne od bólu? A słyszałem niekiedy od osób,
którym amputowano nogę albo rękę, że wydawało im się i później nieraz, iż
odczuwają ból w tej brakującej im części ciała. Dlatego wydawało mi się, że i ja
nie mogę być zupełnie pewny, iż mnie jakiś członek boli, chociaż odczuwam w nim
ból. Do tych powodów wątpienia dorzuciłem niedawno jeszcze dwa najbardziej
ogólne. Pierwszy brzmiał: że o wszystkim, o czymkolwiek na jawie wierzyłem, iż
to odczuwam, mogę także niekiedy we śnie sadzić to samo. A skoro nie wierzę, aby
to, co zdawało mi się, że odczuwam we śnie, przychodziło do mnie od rzeczy
zewnętrznych, nie widziałem powodu, dlaczego bym bardziej miał w to samo
wierzyć, gdy idzie o to, co wydaje mi się, że odczuwam na jawie. Drugi głosił:
że skoro nie znałem dotychczas sprawcy mego pochodzenia, albo raczej udawałem,
że go nie znam, nie widziałem żadnej przeszkody, dla której bym nie miał być
przez naturę tak urządzony, iżbym błądził także w tym, co mi się wydawało
najbardziej prawdziwym. Co się zaś tyczy podstaw, na których dawniej opierałem
prawdziwość rzeczy zmysłowych, to nie było trudno na to odpowiedzieć. Skoro
bowiem natura zdawała się mnie skłaniać ku wielu rzeczom, które rozum odradzał,
sądziłem, że nie należy zbytnio ufać temu, czego nas natura uczy. I chociaż
spostrzeżenia zmysłowe nie były zależne od mojej woli, to jednak nie należało z
tego - jak sądziłem - wysnuwać wniosku, że pochodzą one od rzeczy różnych ode
mnie, boć przecież może ja sam mogę posiadać jakąś zdolność, choć dotychczas mi
nieznaną - która jest ich sprawczynią. Teraz zaś, kiedy zaczynam lepiej poznawać siebie samego i sprawcę mojego
pochodzenia, sadzę, iż nie należy wprawdzie nierozważnie przyjmować tego, co
wydaje mi się, że jest dane od zmysłów, ale też nie należy wszystkiego, podawać
w wątpliwość. I po pierwsze, ponieważ wiem, że wszystko to, co jasno i wyraźnie pojmuję,
takim może być stworzone przez Boga, jakim ja to pojmuję, to wystarcza mi, iż
mogę pojmować jasno i wyraźnie jedną rzecz bez drugiej na to, by mieć pewność,
iż jedna jest różna od drugiej, bo przynajmniej Bóg może je urzeczywistnić
oddzielnie. Nie ma też znaczenia, jaka władza to sprawia, iż uważa się je za
różne. A następnie na podstawie tego tylko, iż wiem, że istnieję i że
równocześnie niczego zgoła nie spostrzegam, co by należało do mojej natury czy
istoty, oprócz tego jednego tylko, że jestem rzeczą myślącą, słusznie dochodzę
do wniosku, iż moja istota polega na tym jedynie, że jestem rzeczą myślącą. I
chociaż może (a raczej na pewno - jak to później powiem) posiadam ciało, które
ze mną jest bardzo ściśle złączone, niemniej jednak jest rzeczą pewną, że zaiste
jestem czymś różnym od ciała i bez niego mogę istnieć, - ponieważ z jednej
strony posiadam jasną i wyraźną ideę siebie samego jako rzeczy myślącej tylko, a
nie rozciągłej, a z drugiej strony wyraźne ideę ciała, jako rzeczy rozciągłej
tylko a nie myślącej. Ponadto znajduję w sobie zdolności do pewnych szczególnych odmian świadomości
(cogitandi): na przykład zdolność wyobrażania i odczuwania, bez których
mogę pojmować siebie całego jasno i wyraźnie, ale nie mogę na odwrót pojmować
ich bez siebie, tj. bez substancji rozumnej, w której tkwią. Zawierają bowiem w
swoim formalnym pojęciu pewien rodzaj czynności myślenia (intellectio), z
czego wnoszę (percipio), że różnią się one ode mnie tak, jak modi od
rzeczy. Znajduję jeszcze pewne inne zdolności, jak zdolność zmieniania miejsca,
przyjmowania różnych postaci i tym podobne. Zdolności tych wprawdzie tak jak i
poprzednich nie można pomyśleć w oderwaniu od jakiejś substancji, w której tkwią
i bez której wskutek tego nie mogą istnieć, lecz co do nich jest rzeczą
oczywistą, że o ile one istnieją muszą tkwić w substancji cielesnej, czyli
rozciągłej, a nie w rozumnej, ponieważ w ich jasnym i wyraźnym pojęciu zawiera
się pewna rozciągłość, a nie zawiera się nic wcale z myślenia (intellectio).
Jest jednak we mnie pewna bierna zdolność odczuwania, czyli przyjmowania i
rozpoznawania idei rzeczy zmysłowych; nie mógłbym jednak zrobić z niej żadnego
użytku, gdyby nie istniała także we mnie czy w czym innym pewna aktywna zdolność
wytwarzania tych idei. Ta zdolność jednak nie może istnieć we mnie, ponieważ w
jej założeniu nie ma żadnej czynności myślenia (intellectio) i ponieważ
owe idee powstają bez mojego współdziałania, a często nawet wbrew mej woli. Stąd
wniosek, że znajduje się ona w jakiejś substancji różnej ode mnie. A ponieważ w
tej substancji musi zawierać się w sposób formalny lub eminentny cała
rzeczywistość zawarta w sposób obiektywny w ideach wytworzonych przez ową
zdolność (jak to już wyżej zaznaczyłem), jest więc tą substancją albo ciało tzn.
natura cielesna, w której jest zawarte formalnie wszystko to, co w ideach
zawiera się obiektywnie; albo też jest nią Bóg lub jakieś stworzenie
szlachetniejsze od ciała, które zawiera w sobie ową rzeczywistość w sposób
eminentny. Otóż jest rzeczą całkiem oczywistą, że ponieważ Bóg nie jest
zwodzicielem, nie przekazuje mi tych idei ani bezpośrednio od siebie, ani za
pośrednictwem jakiegoś stworzenia, w którym by zawierała się ta obiektywna
rzeczywistość nie w sposób formalny, lecz tylko eminentny. Skoro bowiem Bóg nie
dał mi żadnej zdolności, by to poznać, lecz przeciwnie wielką skłonność do
uwierzenia, że pochodzą one od rzeczy cielesnych, nie widzę, w jaki sposób można
by pojąć, że nie jest on zwodzicielem, jeśliby one pochodziły skądinąd niż od
rzeczy cielesnych. A zatem rzeczy cielesne istnieją. Może jednak w ogóle nie
wszystkie istnieją takie, jakimi je ujmuję (comprehendo) zmysłami,
ponieważ owo zmysłowe spostrzeżenie w wielu punktach jest bardzo niejasne i
mętne; ale przynajmniej to wszystko w nich jest, co jasno i wyraźnie pojmuję,
tzn. wszystko, co - ogólnie biorąc - wchodzi w zakres czystej matematyki (mathesis). Co się zaś tyczy innych kwestii, które są bądź tylko szczegółowe, jak to, że
słońce posiada taką a taką wielkość, lub taki a taki kształt - bądź też są mniej
jasno pojmowane, jak światło, dźwięk, ból itp. - to choć są one bardzo wątpliwe
i niepewne, to jednak samo to (przekonanie), że Bóg nie jest zwodzicielem i
wskutek tego nie może się stać, by jakikolwiek błąd znalazł się w moich
mniemaniach, o ile bym nie miał także danej mi od Boga zdolności do
naprawienia go, daje mi niezawodną nadzieję dojścia do prawdy także i w tych
sprawach. I rzeczywiście nie ulega wątpliwości, że wszystko to, o czym mnie
poucza natura, zawiera coś prawdy. Przez naturę bowiem, ogólnie rozważaną
rozumiem teraz nie co innego, jak albo samego Boga, albo ustanowiony przez Boga
ład rzeczy stworzonych. A przez naturę moją w szczególności rozumiem nie co
innego, jak zespól tego wszystkiego, co mi jest dane od Boga. Owa moja natura zaś o niczym mnie dobitniej nie poucza jak o tym, że posiadam
ciało, które źle się czuje, gdy mu ból dolega, które łaknie jedzenia lub picia,
gdy odczuwam głód lub pragnienie itp.; i dlatego nie powinienem wątpić, że jest
w tym coś prawdy. Uczy mnie także natura przez owe wrażenia bólu, głodu, pragnienia etc., że ja
nie jestem tylko obecny w moim ciele tak jak żeglarz na okręcie, lecz że jestem
z nim jak najściślej złączony i jak gdyby zmieszany, tak że tworzę z nim jakby
jedną całość. W przeciwnym bowiem razie ja, który nie jestem niczym innym jak
rzeczą myślącą, me odczuwałbym bólu, gdy ciało moje zostanie zranione, lecz
tylko czysto rozumowo ujmowałbym owo zranienie, tak jak żeglarz ujmuje wzrokiem,
gdy coś na statku się złamie; i gdy ciało domaga się jedzenia lub picia, to bym
to też rozumiał wyraźnie, a nie posiadał niejasnego uczucia głodu czy
pragnienia. Nie są bowiem z pewnością niczym innym owe uczucia pragnienia,
głodu, bólu etc. jak tylko pewną niejasną odmianą świadomości (cogitandi),
powstałą z połączenia i jak gdyby przemieszania duszy (mentis) i ciała. Poza tym jeszcze poucza mnie natura, że wokół mojego ciała znajdują się
rozmaite inne ciała i za jednymi z nich należy iść, a innych unikać. I z
pewnością z tego, że odczuwani najrozmaitsze barwy, dźwięki, zapachy, smaki,
ciepło,, twardość itp. wysnuwam słuszny wniosek, iż w ciałach, od których
doznaję owych różnorodnych wrażeń zmysłowych jest pewna rozmaitość odpowiadająca
tamtym, choć może do nich niepodobna. Na podstawie tego wiec, że niektóre z
owych wrażeń są dla mnie miłe a inne niemiłe, jest rzeczą zupełnie pewną, iż
ciało moje, a raczej może całe ja, jako składające się z duszy (mente) i
ciała, może doznawać od otaczających je ciał wpływów korzystnych albo
niekorzystnych. Jest jednak wiele innych rzeczy, których w rzeczywistości nie otrzymałem od
natury, chociaż zdawałoby się, że ona mnie o nich pouczyła, lecz od pewnego
przyzwyczajenia do nierozważnego wydawania sądów, wskutek czego łatwo może się
zdarzyć, że są one fałszywe. Na przykład, że cała przestrzeń, w której nie ma
niczego, co by pobudzało moje zmysły, jest próżna; że np. w ciele gorącym jest
coś zupełnie podobnego do idei ciepła, która jest we mnie; że w białym albo
zielonym ciele jest ta sama biel lub zieleń, którą odczuwam; w gorzkim lub
słodkim ten sam smak i tak samo w pozostałych; że gwiazdy i wieże i jakiekolwiek
inne ciała oddalone są pod względem wielkości i kształtu tylko takie, jakie się
przedstawiają moim zmysłom itp. Żeby jednak pojęć to wszystko dostatecznie
wyraźnie, winienem dokładniej zdefiniować, co właściwie rozumiem, gdy mówię, że
natura mnie o czymś poucza. Otóż biorę tu naturę w węższym sensie niż jako
zespół tego wszystkiego, co jest mi dane od Boga. W tym bowiem zespole wiele się
zawiera, co odnosi się do samego ducha (mens), jak np. to, że stwierdzam
(percipio), iż to co się stało, odstać się nie może i wszystko inne, co
mi jest znane na podstawie światła przyrodzonego. O tym tu się nie mówi. Wiele
też jest rzeczy, o których tu także nie mówię, odnoszących się wyłącznie do
ciała, jak np. że ma ono tendencję do spadania w dół i tym podobne. Mowa jest
tylko o tym, co dane mi jest od Boga, jako złożonemu z duszy (mente) i
ciała. Otóż ta natura uczy mnie wprawdzie, by unikać tego, co wywołuje wrażenie
bólu, a dążyć do tego, co budzi wrażenie rozkoszy itp.; lecz nie jest rzeczą
oczywistą, że oprócz tego uczy nas ona wysnuwać jakieś wnioski o rzeczach
znajdujących się poza nami z owych doznań zmysłowych, bez uprzedniego zbadania
ich przez rozum; ponieważ wydaje się, że prawdziwa wiedza o nich należy do
samego umysłu (mens), a nie do połączenia [duszy i ciała]. Tak więc,
chociaż gwiazda nie silniej działa na moje oko niż płomień małej pochodni, to
jednak nic w tym nie skłania mnie realnie ani pozytywnie do wierzenia, że nie
jest ona większa, lecz sądziłem tak tylko bez żadnej podstawy od
najwcześniejszej młodości. I chociaż zbliżając się do ognia czuję ciepło, a
zbliżywszy się zanadto odczuwam nawet ból, to zaiste nie ma żadnej racji
przekonywującej, że w ogniu jest coś podobnego do owego ciepła, tak jak nie ma
nic podobnego do owego bólu, lecz tylko, że jest w nim coś - cokolwiek by to w
końcu było - co wywołuje w nas owe uczucia ciepła czy bólu. Chociaż więc także w
jakimś miejscu nie ma niczego, co by pobudzało moje zmysły, nie wynika z tego
wcale, ze nie ma w nim żadnego ciała, lecz widzę, że tu jak i w wielu innych
rzeczach przywykłem zmieniać porządek natury. Albowiem spostrzeżenia (perceptiones)
zmysłowe dane mi są przez naturę właściwie po to, by okazywać memu rozumowi, co
dla złożonej całości, której on jest częścią, jest korzystne albo niekorzystne -
do tego celu są one też dostatecznie jasne i wyraźne - a ja tymczasem używam ich
jako zupełnie pewnych reguł do bezpośredniego rozpoznawania istoty ciał,
znajdujących się poza nami, o której jednak pouczają mnie one w sposób bardzo
niejasny i mętny. Ale już przedtem dostatecznie jasno zdałem sobie sprawę, jakim sposobem, mimo
dobroci Boga, może się to zdarzyć, że sądy moje są fałszywe. Lecz tu wyłania się
nowa trudność w odniesieniu do rzeczy wskazywanych mi przez naturę jako takie,
za którymi należy iść względnie ich unikać, a także w odniesieniu do zmysłów
wewnętrznych, w których - jak mi się zdaje - zauważyłem omyłki: jak np., gdy
ktoś skuszony miłym smakiem jakiejś potrawy spożywa ukrytą w niej truciznę.
Oczywiście jednak w tym wypadku natura skłania go jedynie do pożądania rzeczy o
miłym smaku, a nie trucizny, której wcale nie zna. I jedyny wniosek, jaki stąd
można wyprowadzić jest, że natura owa nie jest wszechwiedząca. To jednak nie
jest niczym dziwnym; bo skoro człowiek jest istotą ograniczoną, to należy mu się
też tylko ograniczona doskonałość. Nierzadko też błądzimy w rzeczach, do których nas sama natura nakłania, jak
np. kiedy chorzy pragną napoju lub potrawy, która im niebawem może zaszkodzić.
Tu może by ktoś powiedział, że oni dlatego popełniają błąd, ponieważ natura ich
jest zepsuta. Ale to nie usuwa trudności, bo przecież człowiek chory jest tak
samo tworem Boga, jak człowiek zdrowy; wobec tego wydaje się tak samo rzeczą nie
do przyjęcia, że Bóg dał mu naturę zwodniczą. I tak samo jak zegar sporządzony z
kółek i ciężarków niemniej dokładnie zachowuje wszelkie prawa natury, gdy jest
źle wykonany i wskazuje fałszywie godziny, jak i wtedy, gdy pod każdym względem
czyni zadość życzeniu twórcy - tak samo rzecz się ma, gdy rozważam ciało
ludzkie, jako pewien mechanizm tak urządzony i złożony z kości, nerwów, mięśni,
żył, krwi i skóry, że gdyby nawet nie było w nim żadnej duszy (mens), to
jednak miałby wszystkie te same ruchy, które teraz się w nim odbywają nie z
nakazu woli, a więc i nie pochodzą od duszy (mens). Łatwo poznaję, iż dla
ciała będzie to równie naturalną rzeczą, że cierpiąc np. na wodną puchlinę
odczuwa taką samą suchość gardła, która zwykle wywołuje w duszy (mens)
wrażenie pragnienia i że jego nerwy i inne części tak zostają przez nią
pobudzone, iż przyjmuje napój, który pogarsza jego chorobę, jak i to, że nie
cierpiąc na taką chorobę, przez podobną suchość gardła zostaje nakłoniony do
wypicia napoju pożytecznego dla siebie. Mógłbym wprawdzie, biorąc pod uwagę
użytek, do którego przeznaczony jest zegar, powiedzieć, że łamie on swoją
naturę, skoro nie pokazuje dobrej godziny. Rozważając też tak samo mechanizm
ciała ludzkiego jako przystosowany do tych ruchów, które w nim zwykle zachodzą,
mógłbym sądzić, że także nie idzie za wskazaniami swojej natury, jeżeli gardło
jego wtedy jest suche, gdy napój nie jest pożyteczny dla utrzymania ciała. Widzę
jednak dostatecznie jasno, że to ostatnie rozumienie słowa natura bardzo się
różni od poprzedniego. Jest ono bowiem tylko pewnym określeniem (denominatio)
zależnym od mojej myśli, porównującej człowieka chorego i zegar źle sporządzony
z ideą człowieka zdrowego i z dobrym zegarem, i nie zawiera się w rzeczach,
które się tak określa. Przez poprzednie zaś znaczenie słowa "natura" rozumiem
coś, co faktycznie znajduje się w rzeczach i co wskutek tego nie jest pozbawione
pewnej prawdziwości. Lecz z pewnością, jakkolwiek w odniesieniu do ciała chorego na wodną puchlinę
jest to tylko określenie zewnętrzne (denominatio extrinseca), gdy się
mówi, że natura jego jest zepsuta, ponieważ ma gardło suche, choć nie potrzebuje
napoju, to jednak w odniesieniu do całości, tj. do duszy złączonej z takim
ciałem, nie jest to tylko samym określeniem, lecz rzeczywistym błędem natury, że
odczuwa pragnienie, skoro napój jest dlań szkodliwy. Wypada nam tu więc jeszcze
zbadać, jak to się dzieje, że dobroć Boga nie przeszkadza temu, by natura tak
pojęta nie była zwodnicza. Otóż spostrzegam tu przede wszystkim, że jest wielka różnica między duszą (mens)
a ciałem polegająca na tym, że ciało z natury swojej jest zawsze podzielne,
dusza zaś całkowicie niepodzielna; bo rzeczywiście, gdy się zastanawiam nad nią,
czyli nad sobą samym, o ile jestem rzeczą tylko myślącą, nie mogę rozróżnić w
sobie żadnych części, lecz pojmuję, że jestem czymś najzupełniej jednym i całym.
I chociaż wydaje się, że z całym ciałem jest złączona cała dusza (mens),
to jednak dowiaduję się, że po obcięciu nogi czy ramienia czy też innej części
ciała niczego przez to nie ubyło z mojej duszy. A także me można powiedzieć,
jakoby zdolność chcenia, odczuwania, rozumienia itd. były częściami duszy, bo
przecież to jest jedna i ta sama dusza, która chce, odczuwa i rozumie.
Przeciwnie natomiast nie mogę pomyśleć o żadnej rzeczy cielesnej, czyli
rozciągłej, której bym nie mógł bez trudności w myśli podzielić na części, a
przez to samo pojąć ją jako podzielną. To jedno wystarczyłoby, by mnie pouczyć,
że ciało i dusza to dwie rzeczy najzupełniej różne, gdybym jeszcze dotychczas
nie wiedział o tym dokładnie skądinąd. Spostrzegam następnie, że na duszę nie oddziałują bezpośrednio wszystkie
części ciała, lecz tylko mózg, a może nawet tylko mała jego część, mianowicie
ta, w której ma się znajdować zmysł ogólny (sensus communis). Ilekroć ta
część jest w tym samym stanie, tylekroć ukazuje duszy to samo, chociażby
pozostałe części ciała w tym czasie zachowywały się w najrozmaitszy sposób, jak
to potwierdzają niezliczone doświadczenia, z których tu nie ma potrzeby zdawać
sprawy. Spostrzegam ponadto, że taka jest natura ciała, iż żadna z jego części nie
może być wprawiona w ruch przez inną część nieco oddaloną, by nie mogła także w
ten sam sposób być wprawioną w ruch przez którąkolwiek z części leżących między
nimi, nawet gdyby owa oddalona część nie wykonywała żadnego działania. Gdy np. w
linie A, B, C, D ciągnie się ostatnią jej część D, to jej pierwsza część A
będzie się poruszać tak samo, jak gdyby się poruszała przy ciągnięciu jednej z
pośrednich części B lub C, a ostatnia część D pozostała w spoczynku. Podobnie
rzecz się ma, gdy czuję ból w stopie. Fizyka mnie uczy, że owo wrażenie bólu
powstaje dzięki nerwom rozsianym w stopie, które stąd biegną na kształt liny aż
do mózgu i które pociągnięte w stopie ciągną także wewnętrzne części mózgu, do
których sięgają, i wywołują w nich pewien ruch, tak przez naturę urządzony, iż
powoduje w duszy wrażenie bólu istniejącego jak gdyby w stopie. Ponieważ jednak
owe nerwy, aby od stopy przejść do mózgu, muszą przechodzić przez goleń, udo,
lędźwie, grzbiet i szyję, przeto może się zdarzyć iż, choćby ta część ich, która
jest w stopie, nie została dotknięta, lecz tylko któraś z części pośrednich,
powstanie ten sam ruch w mózgu, jak przy zranieniu stopy, wskutek czego musi
dusza odczuwać ten sam ból. To samo należy sądzić o każdym innym wrażeniu
zmysłowym. Spostrzegam w końcu, że ponieważ każdy poszczególny ruch powstający w tej
części mózgu, która bezpośredni wpływ wywiera na duszę, przekazuje jej tylko
jedno wrażenie, to nie można tu nic lepszego wymyślić jak to, żeby mu
przekazywał takie wrażenie, które ze wszystkich, jakie może przekazać,
przyczynia się w najwyższym stopniu i najczęściej do utrzymania zdrowia
ludzkiego. Doświadczenie zaś potwierdza, że takimi właśnie są wszystkie wrażenia
dane nam przez naturę, a wskutek tego nie można w nich znaleźć niczego, co by
nie dowodziło mocy i dobroci Boga. Tak na przykład gdy nerwy nogi zostanę
gwałtownie i w niezwykły sposób poruszone, to ten ruch ich przechodząc przez
rdzeń pacierzowy do wnętrza mózgu daje tam znak duszy do pewnego odczuwania,
mianowicie do odczuwania bólu jak gdyby istniejącego w nodze, co pobudza duszę
do usunięcia w miarę możności przyczyny tego bólu, jako szkodliwej dla nogi.
Oczywiście Bóg mógł tak urządzić naturę ludzką, by ten sam ruch w mózgu ukazywał
duszy coś innego, a mianowicie albo siebie samego, o ile jest w mózgu, lub o ile
jest w nodze albo w którymś miejscu pośrednim, albo w końcu cokolwiek innego.
Żadne jednak inne urządzenie nie przyczyniałoby się w równym stopniu do
utrzymania ciała. W ten sam sposób, gdy potrzebujemy napoju, powstaje w gardle
pewna suchość, poruszająca jego nerwy i za ich pośrednictwem wnętrze mózgu; ten
zaś ruch pobudza duszę czuciem pragnienia, ponieważ nic dla nas nie jest w tej
całej sprawie bardziej pożyteczne jak wiedzieć, że dla zachowania zdrowia
powinniśmy się czegoś napić. I podobnie rzecz się ma w innych wypadkach. Na podstawie tego jest już najzupełniej oczywiste, że - bez uszczerbku dla
niezmiernej dobroci Bożej - natura człowieka jako połączenie duszy i ciała musi
być niekiedy zwodnicza. Jeżeli bowiem jakaś przyczyna nie w nodze, lecz w
którejś innej części, przez którą nerwy biegną od nogi do mózgu, albo także w
samym mózgu, wywołuje ten sam dokładnie ruch, który powstaje zwykle wskutek
schorzenia nogi, to odczuwamy ból jak gdyby w nodze i zmysł ulega naturalnie
złudzeniu. Bo skoro ten sam ruch w mózgu musi zawsze takie same wrażenie wywołać
w duszy, a o wiele częściej zwykł pochodzić z przyczyny, która rani nogę, niż z
innej, gdzie indziej istniejącej, to jest rzeczą znacznie rozsądniejszą, iż
ukazuje duszy zawsze raczej ból w nodze, niż w jakiejś innej części. I skoro
niekiedy suchość gardła powstaje nie jak zazwyczaj dlatego, że napój jest
potrzebny dla zdrowia ciała, lecz z jakiejś wprost przeciwnej przyczyny, jak to
się zdarza przy puchlinie wodnej, to o wiele lepiej jest, że mnie ona wtedy
zwodzi, niż gdyby mnie zawsze zwodziła, gdy ciało jest zdrowe. I tak we
wszystkich innych wypadkach. To rozważanie jest ogromnie pomocne do zdania sobie sprawy nie tylko z
wszystkich błędów, którym podlega moja natura, ale pomaga także do tego, bym
mógł je łatwo naprawić lub ich uniknąć. Albowiem skoro wiem, że wszystkie
wrażenia zmysłowe w tych sprawach, w których chodzi o dobro mego ciała, o wiele
częściej wskazują mi prawdę niż fałsz, i że niemal zawsze mogę się posługiwać
większą liczbą wrażeń dla zbadania tej samej rzeczy, a oprócz tego mogę się
posługiwać pamięcią, która wiąże teraźniejszość z przeszłością, i rozumem, który
już przejrzał wszystkie przyczyny błądzenia - to nie potrzebuję się już więcej
obawiać, by nie znalazł się fałsz w tym co mi codziennie przedstawiają zmysły,
lecz powinienem odrzucić wszystkie przesadne wątpliwości dni minionych jako
godne śmiechu. W pierwszym zaś rzędzie wątpliwość najgłówniejszą co do snu,
którego nie mogłem odróżnić od jawy. Teraz bowiem zdaję sobie sprawę, jak bardzo
wielka jest między nimi różnica, polegająca na tym, że nigdy pamięć nie może tak
powiązać snów z wszystkimi innymi zdarzeniami życia, jak tego, co się zdarza na
jawie. Bo rzeczywiście, gdyby mi się na jawie ktoś nagle ukazał i natychmiast
potem znikł, jak to się zdarza w snach, tak oczywiście bym nie widział ani skąd
przyszedł, ani dokąd poszedł, to słusznie mógłbym go uważać raczej za widmo, czy
też za wytwór fantazji powstały w moim mózgu, niż za prawdziwego człowieka. Gdy
jednak zjawiają mi się takie rzeczy, co do których wyraźnie zauważam skąd, gdzie
i kiedy przychodzą do mnie i których przedstawienie (perceptionem) wiążę
bez żadnej luki z całym moim pozostałym życiem, wtedy jestem zupełnie pewny, że
zjawiają mi się one na jawie, a nie we śnie. I nie powinienem w najmniejszym
stopniu wątpić o ich prawdziwości, skoro po przywołaniu wszystkich zmysłów,
pamięci i rozumu dla zbadania ich, od żadnej z tych władz nie otrzymuję takiej
wiadomości, która by się kłóciła z pozostałymi. Albowiem z tego, że Bóg nie jest
zwodzicielem, wynika niezbicie, że w tych rzeczach się nie mylę. Lecz
ponieważ konieczność działania nie zawsze zostawia nam czas na tak dokładne
badanie, należy przyznać, że życie ludzkie często w szczegółach podlega błędom i
należy uznać słabość naszej natury.
do końca starożytności
│ średniowiecze i odrodzenie
│ barok i oświecenie
│ 1815-1914
│ 1914-1989
jak i z czego studiować filozofię
│ moje wykłady
│ Wittgenstein
│ filozofowie i socjologowie nauki
MEDYTACJE O PIERWSZEJ FILOZOFII
przełożyła Maria Ajdukiewiczowa,
przekład przejrzał Kazimierz Ajdukiewicz
Tu
tylko tekst zasadniczy wg wydania
Polskiej Akademii Umiejętności, Kraków
1948.
Przegląd treści sześciu poniższych medytacji
Medytacja I. O czym można wątpić
Medytacja II. O naturze umysłu ludzkiego. Że jest on bardziej znany niż ciało
Medytacja III. O istnieniu Boga
Medytacja IV. O prawdzie i fałszu
Medytacja V. O istocie rzeczy materialnych i raz jeszcze o istnieniu Boga
Medytacja VI. O istnieniu rzeczy materialnych i o realnej różnicy między duszą (mens) i ciałem
O czym można wątpić
O naturze umysłu ludzkiego. Że jest
on bardziej znany niż ciało
O istnieniu Boga
O prawdzie i fałszu
O istocie rzeczy materialnych i raz
jeszcze o istnieniu Boga
O istnieniu rzeczy materialnych i o realnej różnicy między duszą i ciałem